Mum and the city

Do wszystkich, którzy chcą zamknąć matkę z dzieckiem w domu: nie damy się, prawda?!

19 czerwca 2017

DSC_9559

Dziecko to problem, wiadomo. Dzieci płaczą, nawet głośno. Mają gile oraz to, co myśli o nich siedząca obok pani – w nosie. Hałasują. Brudzą. Zachowują się najgorzej jak można, czyli po dziecięcemu :). Nierzadko skaczą i śpiewają. Odpowiadają niepytane. Mój mały na przykład wpadł ostatnio do kuchni, gdzie babcia w spokoju mieszała rosół i rzecze: „A lodzice kłócili się w ałcie!”. Babcia na te słowa zamarła z chochlą w dłoni i pyta: „O! A długo się kłócili?”. „Nieee… – młody przez chwilę się zastanowił – Nie tak baldzo. Tylko tata powiedział mamie, że to wsystko psez dziadka!”.

No siara jakich mało. Aż kusi, żeby zamknąć się z nim w czterech ścianach domu i wypuścić dopiero wtedy, kiedy nauczy się ważyć słowa.

Ale z różnych względów tego nie zrobię.

DSC_9583

WRZÓD NA DUPIE PRZECIĘTNEGO POLAKA

Wyszłam ostatnio sama z dzieciakami na obiad. Miejsce wybrałam pośpiesznie i bez głębszego przemyślenia –  podjechałam po prostu do najbliższej restauracji. Niestety, na miejscu okazało się, że to typowo studencka knajpka, tuż przy politechnice, z niskimi cenami, ale również bez kelnerów przyjmujących zamówienie i z oblepionymi stolikami. Krzesełka dla dzieci były trzy (wszystkie jednakowoż brudne), zabrakło za to kącika zabaw czy choćby zwykłej kolorowanki, więc w chwili, w które chciałam iść złożyć zamówienie do wysokiego kontuaru, moja córka miała fantazję wspiąć się na schody, a synek chciał wyjść do nieogrodzonego ogródka przy ruchliwej ulicy.

Kiedy na stół wjechało nasze zamówienie, zrobiło się jeszcze weselej, bo Basia bardzo krzyczała, że chce jeść, a Kostek krzyczał, żeby nie krzyczała, tylko poczekała, bo jedzenie jest jeszcze gorące. Zwykła rodzajowa scenka znana chyba każdemu rodzicowi? W każdym razie: do opanowania w kilka minut. Jednak dla obsługi to było zbyt wiele! Nagle bardzo szybko znalazł się kelner tylko po to, żeby zabrać mojemu synkowi talerz sprzed nosa (wiadomo, mały jadł dwa ziemniaczki przez 15 minut, ale JADŁ). Czułam się, jakby mnie stamtąd wypraszali.

Kiedy napisałam o tym na Facebooku, nie musiałam zbyt długo czekać. Pierwszy komentarz był do przewidzenia: „Krzyczące dzieci w miejscach publicznych to horror (…) z tego powodu my ograniczyliśmy wyjścia z dziećmi, jak były małe”. Pod komentarzem posypały się lajki. Pojawił się też następny, że lepiej jedzenie zamawiać do domu, co nie bardzo mnie zdziwiło, bo zawsze tak jest.

Wystarczy wspomnieć, że gdzieś tam nie ma podjazdu dla wózków, żeby usłyszeć: „To po co się pakujesz na miasto z bachorami?” nawet jeśli chodzi o zwykłe wyjście na pocztę. Wystarczy napomknąć, że alejki w sklepie dla dzieci są zastawione i naprawdę ciężko przedostać się do wieszaków, żeby się dowiedzieć, że zakupy robi się bez dzieci. A jak nie masz ich z kim zostawić, to przez internet. Jeśli jakaś matka poskarży się, że musiała stać w pociągu w przejściu, to zawsze znajdzie się ktoś, kto ją uświadomi, że z małymi dziećmi się nie podróżuje.

Mogłabym tak zresztą wymieniać i wymieniać. Często czytam na przykład w sieci komentarze o hotelu, zanim do niego pojadę i uderza mnie zawsze jedno: ludzie wystawiają negatywną ocenę obiektowi, bo były tam dzieci. Bo dzieci głośno się śmieją. Bo bawią się w basenie i ogólnie – są takim wrzodem na dupie przeciętnego Polaka.

I chociaż mamy w naszym kraju świadomość, że nie będzie miał kto robić na nasze emerytury, że w ogóle za dwadzieścia lat nie będzie miał kto robić, bo jak niż się utrzyma, to zabraknie rąk do pracy, więc warto te kobiety JAKOŚ do rodzenia zachęcić – nie wiem, pińcet plus im dać albo co? To jak już one urodzą, jak już swoje pińcet odbiorą, to niech się cieszą i świat oglądają co najwyżej przez okno własnego mieszkania zamiast „normalnemu” społeczeństwu przeszkadzać.

Ale tak się tego – do jasnej ciasnej! – nie robi!


BO JEŚLI ZAMYKASZ DZIECKO W DOMU – ZAMYKASZ W NIM MATKĘ

Udowodniono, że w państwach, w których kobieta szybko może wrócić do swojego dawnego życia, panie o wiele łatwiej decydują się na drugie i kolejne dzieci.

DSC_9565

Ale niestety, Polska to taki kraj heheszków. Politycy mogą mówić, że kobiety powinny zarabiać mniej, bo nie są tak inteligentne jak mężczyźni i wszyscy nad Wisłą zrywają boki, zamiast się oburzyć. To kraj, w którym najpopularniejszym cytatem z komedii jest ten o „Murzynach, którzy dali się złapać w worek w Afryce”. No, ubaw po pachy.

To kraj, w którym za czasów PRL-u udawano, że ludzie chorzy nie istnieją. A dzisiaj napisanie na drzwiach restauracji czy hotelu: „Tylko powyżej 12. roku życia” jest nadal w dobrym tonie. Bezdzietni zacierają ręce. Matki ze zrozumieniem kiwają głowami, zupełnie tak, jakby faktycznie te nasze dzieci jakimś koszmarem z ulicy wiązów były, nie wiem, wyjadały kotlety z cudzych talerzy albo opluwały ściany pure z marchewki.

Zupełnie tak, jakby do tych matek nie docierało, że jak ktoś zamyka w domu ich dziecko – to je również w nim zamyka.

Choć mnie osobiście to boli, wiem, że ci, którzy tak robią, sobie przede wszystkim strzelają w kolano, a nie mi.


CZERWONY SKLEP POMIĘDZY SZKOŁĄ A DOMEM

Był taki czerwony sklep w mojej małej mieścinie, w której się wychowałam. Znajdował się dokładnie pomiędzy szkołą a domem, więc wielokrotnie do niego zachodziłam po lekcjach. A to po lizaka, oranżadę jak był upał czy zwykłą suchą bułę, kiedy głód po całym dniu doskwierał. Nie bez powodu kupowałam tylko to, co kosztowało nie więcej niż 30 groszy – ograniczało mnie kieszonkowe, którym uczyłam się rozporządzać mądrze i nie wydać wszystkiego zaraz pierwszego dnia.

Panie ekspedientki mnie za to nienawidziły. Wielokrotnie musiałam stać przy kasie i czekać, aż w sklepie pojawi się ktoś dorosły, żeby raczyły w ogóle do tej kasy podejść. Oczywiście tego dorosłego obsługiwały najpierw, a mnie potem, jakby z łaski. Traktowały tak wszystkie dzieci i ich trzydziestogroszówki, nie zdając sobie sprawy z tego, że te dzieci niedługo dorosną i wtedy do wydania będą miały całe banknoty na śniadanie czy obiad dla swojej rodziny.

Od tego czasu minęło jakieś 20 lat, a „czerwonego sklepu” już dawno nie ma, chociaż to w nim sprzedawano najlepszy chleb w okolicy, co o 19 pachniał na całe miasto! Tak dobrego pieczywa to ja po prawdzie nigdzie indziej już nie znalazłam. Żeby było śmieszniej: wszystkie inne sklepy są – nie tak nowoczesne, nie samoobsługowe – ale ostały się. Nie zmiotła ich nawet Biedronka, która powstała tuż za rogiem.

Doskonale czuje to Ikea, McDonald’s czy chociażby Lidl. Dając coś dzieciom – choćby głupie stikeezy za zakup kalafiora! – wychowujesz sobie lojalnego klienta na całe życie. Bo mój syn będzie wracał do miejsc, w których witano go uśmiechem, a nie tam, gdzie zabierano mu talerz sprzed nosa.

DSC_9595


JAK PTAK WYCHOWANY W KLATCE

Lubimy obwiniać kobiety o to, że pchają się do nieprzyjaznego dla dzieci miasta, zamiast stawiać realne wymagania władzy i lokalnym biznesom, aby to miasto uczyniły choć trochę znośniejszym dla rodzin.

Klaszczemy w dłonie, kiedy jakaś matka mówi, że „do pewnego wieku” woli nie wychodzić z domu i oburzamy się, gdy inna stwierdzi, że wyszła z kilkutygodniowym berbeciem do sklepu. Sama mam High Need Baby, ale świadomość, że być może wybuchnie płaczem w tłumie NIGDY nie powstrzymała mnie, żeby w ten tłum iść.

DSC_9590

Głęboko wierzę, że właśnie dzięki socjalizacji od pierwszych dni życia mój synek tak fajnie zaadaptował się w przedszkolu. Że obcy ludzie nie byli dla niego większym problemem. I choć z natury jest nieśmiały – nie bał się nowego miejsca, nawet nie zapłakał. Choć przy stole bywa wybredny – bez focha je to, czego nie ugotowała mama, bo jadł już w różnych miejscach i różne rzeczy.

Doskonale wie, jak zachować się w miejscu publicznym – i zdaję sobie sprawę, że nie wiedziałby tego, gdybym wypuściła go z domu dopiero po „pewnym wieku”. Bo dziecko jest trochę jak ten ptak – jeśli wychowasz go w klatce z dala od naturalnego środowiska – zgłupieje na wolności. No bo kiedy i gdzie te nasze dzieci mają się nauczyć świata? Jeśli restauracje – nie, hotele – nie, kino – nie, galeria handlowa – nie, muzeum – nie, kościół – nie, komunikacja miejska – nie?

A dla wszystkich tych, którzy nie lubią dzieci w przestrzeni publicznej, bo zachowują się skandalicznie, czyli po dziecięcemu – mam tylko jedną radę – zawsze to ty sam możesz się zamknąć w domu :). Wtedy to już na pewno nikt ci nie będzie przeszkadzać!

DSC_9600


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? UWAŻASZ, ŻE JESZCZE KOMUŚ MOŻE SIĘ PRZYDAĆ? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • Kasia A.

    W weekend wybralismy sie z dziecmi na wycieczke pociagiem. Co mnie zdziwilo – nikt nam nie zwrocil uwagi. Dzieci nawet sie zachowywaly przyzwoicie – jak na dzieci :D. Ale bylam przygotowana w razie czego na zlosliwe komentarze – jednak nie tym razem :))
    Przyznam sie, ze 10 lat wczesniej sama bym sie przesiadla z przedzialu, gdzie jada male dzieci do innego. Nie zdawalam sobie wowczas sprawy jak naprawde zachowuja sie dzieci, wiec moze nie ma sie czemu dziwic innym?

    • e-milka

      A ja jezdze od lat, z obojgiem od niemowlectwa. Fakt, ze przy obojgu staralam sie, o ile to bylo mozliwe, siedziec w przedziale dla matek (wiem, wiem, ale to sie przeciez ciagle jeszcze tak nazywa) z dziecmi. W ICE natomiast, o ile nie bylo oczywiscie osoby niepelnosprawnej w przedziale dla tejze (miejsce na wozek i „wybieg”).
      Ale staram sie miec tez „zabawiacze”: ksiazki, naklejki, kredki, gry (polecam np. Doubble), od biedy i komorke z grami. Ale jesli wchodza w interakcje z pasazerami (zazwyczaj inicjatywa lezy po stronie np. pani majacej wnuki, nie zabraniam (z tymze oczywiscie z zachowaniem regul – za jedzenie dziekujemy, odmawiajac, nie zdradzamy naszego adresu itp., wycofujemy sie na wyrazny znak – np. rozmowca bierze do reki gazete). Jesli widze inne dzieci w przedziale – ciesze sie, czasem powstaja mini-przyjaznie. Dodam tez, ze ogolnie bardzo duzo jezdze z dziecmi, czesto sama, wiec mamy swoja rutyne i niewiele rzeczy jest mnie w stanie zaskoczyc. Takze Dziewczyny – odwagi!

  • salus salus

    Niestety, święta prawda! Żyjemy w kraju w którym wszystkim, wszystko przeszkadza! Gdzie zazdrościmy gdy komuś, coś lepiej wychodzi… Wygląda.. I w koło macieja! I muszę powiedzieć że wstyd mi… Bo póki człowiek, człowiekowi wilkiem nic się nie zmieni!!

  • ZEBRA

    Pierwszy raz zostawiam komentarz wiec zacznę od podziękowania za świetny blog! Lubie Twój styl i tematy jakie poruszasz :).

    Wracając do tematu. Kiedy byłam młoda i bezdzietna dużo podróżowałam pociągiem. Uwielbiałam wbijać się (jeśli było miejsce oczywiście) do przedziału rodzinnego. Zawsze było miło i na poziomie :). A nie pijaństwo i chamstwo. Po stokroć wole płacz dziecka niż zagadujacego pijaka, narzekającą kobiecine czy inne indywiduum. Raz nawet z moim obecnym mężem jadąc na Jarocin w takim przedziale zostaliśmy poczestowani (uwaga!) jajem na twardo :). Dlatego nie rozumiem jednej rzeczy. Matce z płaczącym dzieckiem ZAWSZE zwrócą uwagę. A pajaczkowi w tramwaju to już niekoniecznie… Ech…

  • Tatiana

    To jest dziwne, mieszkam na stałe w Niemczech i tu jest całkiem inaczej, mam nadzieję że w Polsce w końcu coś się zmieni w tej kwestii :/ Moja córka ma 3 lata, syn 2, chodzę z nimi na zakupy do centrum handlowego, do restauracji, jeżdżę wszędzie metrem i nie spotkałam się jeszcze z negatywną reakcją (ale tutaj to normalne, wszędzie są dzieci) . Przykre, ze rodzice i dzieci sa tak traktowani.

  • KarolinaKala

    Całkowicie zgadzam się z Twoim wpisem. Nie rozumiem ludzi, którym przeszkadzają dzieci w jakichkolwiek publicznych miejscach. W końcu dzieci to ludzie! Super wpis, ale nie wiem dlaczego mieszamy do tego pięćset plus czy polityków. W końcu to najpierw ludzie muszą zmienić swoje nastawienie, politycy nie mają nic do tego, moim zdaniem :) Myślę, że z czasem podejście ludzi zmienia się na lepsze, bo dzieci rodzi się coraz więcej. Również coraz więcej miejsc zostaje przystosowanych do rodzin z dziećmi, przynajmniej w moich okolicach :) Pozdrawiam!

  • Magdalena Baniewska

    Wydaję mi się, że ludzie uprzedzili się na dzieci w przestrzeni publicznej, bo niestety jest duże grono rodziców, którzy nie reagują na zachowanie dzieci lub reagują tak, że ma się ochotę zabrać im dzieci. Pracowałam w restauracji i widziałam rodziny z dziećmi, które zachowywały się normalnie. Nawet jak dziecko miało gorszy nastrój, nikt nie zwracał na nich uwagi. Niestety byli też tacy, po których przez długi czas modliłam się, aby nikt poniżej 12 lat nie pokazywał mi się na oczy.

  • Monika Wrześniewska

    Zazwyczaj dzieci w miejscach publicznych mi nie przeszkadzają?, nawet jestem za, ale taki przykład z wczoraj: koncert muzyki chóralnej (coś między operą a filharmonią), w niedalekiej odległości siedzi Pani z niemowlakiem max 4m. Bez urazy, ale ja nie zapłaciłam za bilet żeby słuchać jak ten maluch wtóruje muzykom, tylko posłuchać pięknych kanonów. Są w filharmoniach koncerty dla dzieci… można było przewidzieć że źle zareaguje na głośne dźwięki. :-(

    • To mnie zabiłaś tym komentarzem.

      Prawda jest taka, że byłam z synkiem w różnych miejscach: w teatrze muzycznym (dla dzieci co prawda), na przedstawieniu na lodzie (Disney On Ice) zawsze z przekonaniem: a co mi szkodzi zabrać? Może mu się spodoba? (tym bardziej, że bilety miałam za darmo, bo ktoś ze znajomych nie mógł, więc wskakiwałam na to miejsce). ALE zawsze, kiedy widziałam, że młody jest już znudzony – wychodziłam z nim na zewnątrz, żeby nie przeszkadzał innym zainteresowanym przedstawieniem/zasłuchanym w muzyce, itp.

      • Monika Wrześniewska

        Otóż to. Ja naprawdę nie mam nic przeciw dzieciom w miejscach publicznych, ale ludzie skupić się nie mogli, a i ona nie słuchała muzyki, bo starała się uspokoić to dziecię. Na szczęście w przerwie po I części wyszła… ;)

        • ZEBRA

          Ja wogole nie widzę sensu w pójście w takie miejsce z 4 miesięcznym niemowlęciem. Taki szkrab ani niczego się nie nauczy ani nie skosztuje niewiadomo jakich przeżyć wewnętrznych. Sklep, restauracja, komunikacja zbiorowa nawet kościół (mój 4 miesięczny uwielbia! ;)) – OK! Ale filharmonia czy koncert dla dorosłych to chyba niekoniecznie dla takiego maluszka. Tylko niepotrzebnie się zestresuje i dziecko i matka.

    • Kasia A.

      Tu ja sie też podpisuję. Byłam niedawno na przedstawieniu. Rozumiem, że czasem nie można zostawić dziecka, a rodzic ma ochotę wyjść. Ale strasznie byłam wkurzona, gdy któryś raz dziecko płakało i nic nie można było zrozumieć z tego co mówią na scenie.
      W takiej sytuacji rodzic powinien wyjść, może spróbować za chwilę wejść znowu, a tak słyszałam przez pół mojego wyjścia tylko ryki.
      Tez mam małe dzieci i mam jakiś poziom tolerancji, ale niektórzy zdaje się mają innych w nosie i robią niedobry PR innym rodzicom.

  • Kasia Majewska-Miś

    Z pełną świadomością, że zostanę za chwilkę pożarta żywcem, ośmielę się napisać, że wzajemny szacunek powinien być obustronny. Nie mam nic przeciwko mamom z dziećmi, nie razi mnie płacz dziecka w komunikacji miejskiej, głośny śmiech i bieganie w miejscach publicznych – bo to dzieci. Nigdy nie miałam pretensji jak rozbrykany kilkulatek ‚staranował’ mnie w parku, czy innym miejscu, przytrzymam, żeby nie klapnął na pupę i puszczę dalej :) Natomiast bardzo, ale to bardzo przeszkadza mi, gdy Mamy nie reagują na zachowanie własnego dziecka, kiedy narusza ono czyjąś przestrzeń. Powtórzę – Mamy, nie dziecko. Berbeć ładujący mi się na kolana w lodziarni jest może słodki, ale ten sam berbeć ładujący paluszki (jak to u dzieci – średnio czyste) do pucharka z lodami i niemal nie wylewający mi kawy na spódnicę przy kompletnym braku reakcji mamy, która jest bardziej zajęta smartfonem niż własną pociechą – już niekoniecznie.
    Zachowanie kelnera z knajpki było karygodne, szczególnie z punktu widzenia mamy. Ale pozostawienie dzieci kompletnie bez dozoru może być postrzegane równie negatywnie.
    I żeby nie było niedomówień – nie odnoszę się tu do Pani Ilony i jej pociech, bo Jej podejście do rodzicielstwa bardzo mi się podoba :)

    • Tak naprawdę nigdy żadne dziecko poza moim własnym nie zabrało mi niczego z talerza, niczym mnie nie oblało, nie wchodziło na moje kolana. Zdarzały się uśmiechy i pohukiwania ze stolika obok, ale to jest zrozumiałe, że matka nie ma nawet jak za bardzo zareagować (nie zabroni się przecież uśmiechać!). Czasami jakieś dziecko podejdzie do mnie i mnie pociągnie za bluzkę, ale praktycznie zawsze mama jest obok i je zabiera.

      Zastanawiam się tak naprawdę, czy te historie o „strasznych dzieciach” nie są przypadkiem miejskimi plotkami? No bo ile takich spotykamy w naszym życiu? Ja znam może jedno/dwoje absolutnie nie do ujechania (faktycznie matka ma „ważniejsze” sprawy na głowie niż pilnowanie dziecka) – a przecież to nie fair, że przez małą grupkę dyskryminuje się wszystkie matki z dziećmi :/

      I jeszcze jedno: wystarczy dzieciom stworzyć kącik zabaw: wtedy to w nim się tłoczą i zaczepiają siebie nawzajem zamiast obcych dorosłych :)

      • Kasia

        Moim zdaniem nie problem jest w zachowaniu dzieci, bo jest ono dziecinne i czasami po prostu trzeba przymknac oko i sie usmiechnac, tylko w zachowaniu rodzicow, ktorzy tak jak napisala Kasia Majewska zostawiaja je bez opieki i nadzoru. Nie mam nic przeciwko dzieciom w miejscach publicznych, w szczegolnosci absurdem sa dla mnie loty bez dzieci na pokladzie, jednak bierzmy odpowiedzialnosc ze te nasze pociechy :)

  • Izabela Żelazo-Oleszczuk

    Ja ostatnio usłyszałam wysiadając z autobusu miejskiego, ze zamiast jeździć ów autobusem powinnam chodzić na spacer z dzieckiem ?. Wspomnę tylko, ze rzecz miała miejsce w dużym mieście gdzie na pieszo cieżko cos załatwić tym bardziej jak sie mieszka na obrzeżach, zreszta czy to ważne, wydawało mi sie ze komunikacja miejska jest dla wszystkich. W takich sytuacjach zastanawia mnie jedna rzecz dlaczego to tego typu komentarze wypowiadają kobiety, czyjeś matki, babki……

  • jenny

    Zgodzę się poza jednym-krytyką miejsc (restauracji,hoteli,kawiarni) „tylko dla dorosłych”. Każdy ma prawo wyboru, więc dobrze że istnieją miejsca,gdzie można np. spędzić urlop z gwarancją,że dziecko nie będzie płakało za ścianą czy zjeść bez maluchów biegających wokół stołu. Nawet-a może zwłaszcza-rodzice cenią sobie taką pewność spokoju :)

    • Nigdy nie rozumiałam idei takich miejsc, bo dla mnie to tak, jakby napisali: „nie wpuszczamy osób niepełnosprawnych” (żeby na nie nie patrzeć, żeby nie przeszkadzały).
      Ale być może jestem po prostu przewrażliwiona.

      • jenny

        Raczej porównałabym to do klubów,gdzie wpuszcza się osoby np. od 21 roku życia-bo mlodsze w większości nie potrafią się zachować i psują zabawę innym.

        • Ok, sama też jeśli już, to chodzę do klubów od 21 roku życia (a nawet taki od 25 był kiedyś w Poznaniu i był moim ulubionym, bo muzyka w moim klimacie i zabawa też).

  • Jessica Karyniuk

    Serio myślisz, że kilkuletnie dziecko z lojalności wróci za kilkanaście lat do lidla, bo dostało od niego smerfy? Koloryzujesz i przesadzasz. Próbowałaś wczuć się w emocje tych, którzy są anty-dzieciowi? Dlaczego chcą jechać do hotelu, w którym nie ma rozwrzeszczanych dzieci? Albo zjeść obiad w restauracji w spokoju? To ja Ci powiem, dlaczego – nie przez rozwrzeszczane, biegające dzieci, tylko przez roszczeniowe matki, które najczęściej twierdzą, że ich największym osiągnięciem życiowym jest urodzenie dziecka. Przez matki, które nie zrobią nic, żeby poskromić rozbrykanego malucha, tylko z wyrzutem powiedzą „ale to tylko dziecko”, przez matki, którym wydaje się, że ponieważ urodziły dziecko, to wszystko się im należy i wszyscy mają się zachwycać jej najpiękniejszym Krzysiem, Stasiem czy inną Karinką. Nie twierdzę, że Ty taka jesteś, ale być może obrywa Ci się rykoszetem za takie własnie postawy. Dla ułatwienia zrozumienia podam przykład: właściciele psów oburzają się, że nie mogą wejść z psem tu czy tam, że hotele nie akceptują obecności zwierząt, że nie wolno z psem na plac zabaw. Oburzają się, ale potrzeby w sprzątnięciu gówna z trawnika nie widzą. Swoją drogą – zapełnione pieluchy też się wyrzuca. Do kosza. Nie w krzaki. Jeśli chcemy być witani z uśmiechem i szanowani, witajmy z uśmiechem i szanujmy innych. Proste jak budowa cepa. Dziękuję za uwagę.

    • Znam dzieci i wiem, jak mój lubi chodzić „na strzałki” do Ikei czy do Lidla na zakupy (płacze, kiedy jedziemy gdzieś indziej). Podobnie jest ze wszystkimi miejscami, które są przystosowane dla dzieci – kocha je miłością najszczerszą, a z doświadczenia wiem, że młodzieńcze sentymenty zostają z nami praktycznie na zawsze (ja np. do dzisiaj kupuję wszystkie nowe książki Musierowicz, choć już dawno z nich wyrosłam; widziałam też, jak wszystkie moje znajome zapaliły się, kiedy wyemitowano nowy serial o Ani z Zielonego Wzgórza na Netflixie :)).

      Odnosząc się do twojego komentarza: jednak bardziej współczuję kobietom, które są izolowane od świata, bo urodziły dziecko. Nawet jeśli je planowały, to nie znaczy z automatu, że są gotowe na tę samotność, która pojawia się po porodzie. Myślę jednak, że to może zrozumieć dopiero druga matka, która – choć bardzo potrzebuje towarzystwa! – boi się wyjść do ludzi, bo co powiedzą, jak dziecko się rozpłacze? Czy nie zgromią wzrokiem? Czy nie skomentują głośno, że z tak małym dzieckiem trzeba siedzieć w domu? Albo że uważa się za świętą krowę? Czy nie oberwie jej się rykoszetem?

      To bardzo nie fair, bo to tak, jakbyśmy na wszystkich facetów patrzyli jak na potencjalnych gwałcicieli, choć gwałci zaledwie procent z nich.

      Nigdy nie widziałam matki wyrzucającej w krzaki pieluchy. Ba! Nigdy nie widziałam pieluchy w krzakach. Za to papierki/puszki/butelki niestety tak. Jakoś nie zabraniamy wszystkim dorosłym chodzić po ulicy tylko dlatego, że śmiecą. Edukacja i uświadamianie – to są słowa klucze, dzięki którym ten świat mógłby wyglądać lepiej. A nie zakazy, wilcze bilety i – przede wszystkim! – krzywdzące uogólnienia.

  • Marta

    Dla mnie chodzenie z dzieckiem w różne miejsca na też drugą stronę medalu. To też jest element wychowania. Jak wytłumaczyć dziecku jak się zachować w restauracji, poczcie, środkach komunikacji miejskiej, jeśli go tam nie zabierzemy. Dziecko też się uczy, że tu trzeba poczekać, tutaj nie można biegać. Pewnie że nie jest tak że dziecku powiemy i od razu będzie zachowywalo się jak dorosły, ale małymi kroczkami nauczymy dziecko jak się zachować. Ja z moim dzieckiem chodzę wszedzie, bo tak lubię. I widzę że są miejsca, w których było znacznie gorzej a teraz jest już poprawa.

    • Dokładnie! Pamiętam nasze „pierwsze razy” na salce zabaw: młody wyrzucał kulki z basenu, nie słuchał pani, która mówiła, że nie tłoczymy się na trampolinie, bo to niebezpieczne. Teraz na tym etapie jest Basia :). Sprzątam, zbieram po niej, ściągam ją z trampoliny, tłumaczę i wiem, że kiedyś zrozumie, bo widzę, jak mój syn spokojnie czeka na swoją kolej, żeby poskakać, jak odnosi wszystko na swoje miejsce, jak po prostu nauczył się funkcjonować zgodnie z zasadami tylko dlatego, że często go na salkę zabaw zabierałam.

      I ta nauka rozciąga się również poza placem zabaw: jeśli jesteśmy u znajomych w ogródku, gdzie jest trampolina, to on nie wskakuje na nią, widząc inne dzieci. Nie przepycha się. Nie rozwala zabawek. Umie się zachować przy stole jak należy, czy jest to pizzeria czy imieniny ciotki (w końcu to on tłumaczył Basi, że nie można krzyczeć, trzeba poczekać aż ostygnie). W autobusie trzyma się drążka i pilnuje naszego przystanku. W sklepie cierpliwie czeka w kolejce i pomaga wykładać towar na taśmę właśnie dlatego, że od 4 lat go do tego sklepu zabieramy.

      • e-milka

        Tak jak z hustawka na placu zabaw – uwielbiam to obserwowac. Wiekszosc maluchow nie daje sie wyciagnac. Rodzic prosi, grozi, przekupuje, pokazuje inne atrakcje – „a tam taka fajowa slizgawka jest”, liczy „ostatnie dziesiec” bujniec, w koncu czasem wyciaga na sile wierzgajacego wscieklego malca. „JEEEEEEEESZCZEEEEEEEE”. Natomiast juz trzylatki maja czesto wpojone, w drodze socjalizacji, ze trzeba sie ustawic, poczekac, ewentualnie zagadac, jak ktos sie za dlugo husta i sie zmieniac. Oczywiscie, tez sa konfilkty, ale ogolnie widac, ze wiekszosc dzieci dopasowuje sie do tego, ze kiedys bedzie moja kolei i ze jak sie dlugo hustam, pora ustapic miejsca.

  • Kasia Majewska-Miś

    Nie ujmowałabym tego jako „dzieci potworki”, czy „straszne dzieci”. Dzieci jak się nudzą, to włącza im się kreatywność, a że może ona być lekko uciążliwa dla otoczenia – cóż… Nie mam wprawdzie doświadczeń jako rodzic, ale bycie ulubioną ciocią dla większości maluchów z rodziny pozwoliło mi co nieco je poznać :)
    Straszni to bywają rodzice, którzy zajmowanie się dzieckiem ograniczają do rozdarcia ryja (przepraszam za sformułowanie, ale to autentyk z MPK – reakcja matki zajętej plotkami przez telefon na dziecko, które bujało się na rurce).
    Jak już wspominałam – moja tolerancja na dzieci jest dużo większa niż na rodziców :)
    I ciekawostka – albo trafiam na wyjątkowo śmiałe dzieci, albo mam jakiś dzieciowy magnes, bo takie przypadki jak opisane w poprzednim poście wcale tak rzadko się nie trafiają. Nie tak dawno w drodze do domu miałam na kolanach kilkuletnią dziewczynkę, widzianą pierwszy raz w życiu. W autobusie był tłok, a ja chętnie ustąpiłabym miejsca matce, ale miałam spore zakupy. W ciągu kilku minut wiedziałam, że najbardziej lubi różowy ( a jakże ;) ), ma klólika, lubi rysować i jak jej mama czyta i… sama mama była zaskoczona wylewnością córki.
    Absolutnie jestem za wprowadzeniem dzieci w przestrzeń publiczną, ale właśnie wprowadzanie, a nie wypuszczanie :)
    Pozdrowienia dla wszystkich Mam i ich pociech :)

    • e-milka

      Ale przypuszczam, ze spontanicznie sie Tobie nie wladowala na kolana, raczej zaproponowalas to mamie? Jesli tak – tu znowu byc moze jest nieco odmienna sytuacja. Dziecko jest w obecnosci rodzica, ktory pozwala na kontakt. Dla niego juz jestes „swoja”. A z wylewnoscia – podobna sytuavje mialam z wlasnym w pociagu – mila pani zagadala, ja nie oponowalam. Nawiazal sie dialog, w ktorym corka o maly wlos nie powiedzialaby naszego adresu (nie no super – przed chwila powiedziala, ze jedziemy na tydzien do dziadka, czytaj – mieszkanie puste), gdybym nie zainterweniowala i pozniej nie wytlumaczyla, dlaczego tak sie nie robi. Wiem, ze gdyby byla sama, bylaby ostrozniejsza.

      • Kasia Majewska-Miś

        Zgadza się, zaproponowałam mamie, że wezmę małą na kolana, bo widziałam, że ma kłopot, żeby pilnować ją i siebie, a kierowca był raczej z tych szarpiących. Natomiast mama była zaskoczona, że dziecko tak ochoczo się zgodziło i tak otwarcie rozmawiało, bo podobno zwykle jest raczej nieśmiała. Ale racja – w obecności rodzica na pewno dzieci zachowują się inaczej niż same. Tak czy inaczej do zdrady rodzinnych tajemnic nie doszło ;)

  • e-milka

    Hi, hi, spojrzmy na to jak Polyanna – dziecko uczy sie liczb w zakresie do 200 :). A tak na serio – czyz ta hustawka nie jest wlasnie metafora wychowania? Kiedy jestesmy sami, to od nas, rodzivow i od zdolnosci mediacyjnych dziecka zalezy, jak dlugo bedzie sie ono hustalo. Kiedy sa inni, dziecko uczy sie, ze jego wola tez ma pewne ograniczenia, ze sa, czesto niepisane reguly, ktorych zachowywanie pomaga zyc w grupie etc.

  • BAZA

    Jest różnica pomiędzy dzieckiem a bachorem. W większości to nie dzieci tylko rozwydrzone bachory, którym na wszystko się pozwalała bo wychowanie bezstresowe. Dla każdej matki jej dziecko będzie aniołkiem i wydawać się, że nie robi nic złego. Dlatego ludzie nie lubią gdy ktoś przychodzi z dzieckiem, bo matki się nie interesują, a nawet potrafią bulwersowac zwróceniem uwagi. Brak pilnowania, darcie się żeby coś wymusić, kopanie w krzesła – to w dużej mierze wina rodzica. Więc zanim będziemy oburzone tym czemu Polacy nie lubią dzieci, radze spojrzeć czy dziecko zachowuje się tak jak wymaga tego „kultura” czyli nie wydziera się i nie piszczy na cały sklep/restauracje, nie rzuca jedzeniem, stara się pilnować rodzica – choć łatwo mówić. :D Dziecko to wulkan energii którą musi spożytkować, ale niekoniecznie w miejscu publicznym wymienionym wyżej.

    • „W większości”, „matki się nie interesują”, „nie pilnują”, „dzieci kopią krzesła”, „rzucają jedzeniem” – piszesz, jakby to była reguła. Tymczasem sama bywam bardzo często w miejscach publicznych i niezwykle rzadko spotykam się z takim zachowaniem (z rzucaniem jedzenia – nie spotkałam się nigdy, choć tak, ludzie lubią sobie dawać taki przykład na złe zachowanie dzieci, jak również że dzieci wyjadają coś z cudzego talerza – a teraz serio, widziałeś to na własne oczy czy tylko słyszałeś?).

      Jak czytam komentarze po tym wpisem (tutaj i na fejsie) to mam wrażenie, że żyję w jakiejś równoległej rzeczywistości.
      Albo że inni ludzie w Polsce wszystko widzą w czarnych barwach, a zachowania jednostkowe rozciągają na całe społeczeństwo. Wiesz, coś na zasadzie: 5% społeczeństwa dorobiło się dzięki układom, więc to ogólnie skorumpowany kraj, kolesiostwo i jawna niesprawiedliwość. Lub: czytałem w porannej gazecie o złodzieju, dzisiaj nikomu nie można ufać, wszyscy kradną.

      I tak naprawdę współczuję, bo to musi być bardzo niefajne żyć w tak niesprzyjającej rzeczywistości.

    • Nati Mn

      sporo w tym racji

    • Monika

      Dzieci się nie drą i nie piszczą, żeby na złość komuś zrobić, ani dlatego, że nie potrafią uszanować innych. Dzieci z natury mają głosy wysokie i nie potrafią (do pewnego wieku) mówić cichszym głosem. Co do reszty, o ile zdarzyło mi się spotkać dzieci, które płaczem lub krzykiem chcą wymusić coś w sklepie na rodzicach, o tyle nie spotkałam nigdy w restauracji dziecka, rzucającego jedzeniem. Swoją drogą ciekawe, że nikt nie zwraca zbulwersowany uwagi pijakowi, lub rozwrzeszczanej grupie dresów lub innych „kulturalnych”, którzy często mówią i za głośno i niecenzuralnie (co też jak sądzę, nie jest zgodne z tym czego wymaga „kultura”) także w przestrzeni publicznej, np. w sklepie. Patrząc inaczej, jeśli rzeczywiście większość dzieci to rozwydrzone bachory, to trzeba się zastanowić dlaczego rodzice z takiego strasznie kulturalnego pokolenia takie bachory wychowują. Może też jest tak, że frustruje nas co innego, np. wszystko i wszyscy – np niekulturalni dorośli, którym uwagę zwrócić się boimy, więc z tym większą energią wylewamy frustrację na dzieciach i matkach, bo nie są takie groźne. Ostatecznie przestrzeń publiczna jest dla wszystkich. Jeśli jakiś menel lub dres może bezkarnie zakłócać atmosferę w przestrzeni publicznej, to myślę, że dziecko ma do tego większe prawo, a jeśli chcemy zwracać uwagę dzieciom/matkom, to może najpierw tym dorosłym, którzy nie zachowują się zgodnie z przyjętymi zwyczajami, a jest ich wielu. A jeśli nie stać nas na tyle odwagi cywilnej, to zawsze można siedzieć w domu i zakupy robić przez internet. Wtedy nie spotkamy nikogo, kto mógłby nas wkurzyć. A jeśli chodzi o to, że Polacy nie lubią ludzi, to jakby się dobrze przyjrzeć to okaże się, że Polacy to taki naród, który nikogo i niczego nie lubi, może poza narzekaniem, bulwersowaniem się i wykłócaniem o absolutnie wszystko. Czemu więc i matki nie miałyby takie być? ;-)

  • mrowiecbloguje

    Jak żyję 34 lata tak nigdy dzieci mi nie przeszkadzały. Mi natomiast przeszkadzają dorośli, więc chętnie przynajmniej niektórych zamknęłabym w domu. I tu ciekawa historia. Byliśmy na wakacjach, jakiś tam hotelik, o 21 rozpoczyna się impreza, alkohol, basen, disco-techno-basy takie, że domki skaczą na swoich wątłych fundamentach. I ja matka 7mc malucha, którego próbuję w tym domku położyć spać, nie mogę mieć pretensji do tego tłumu drących się, lewitujących w oparach alkoholu „dorosłych”, pomimo że o imprezie przy zameldowaniu nie zostaliśmy poinformowani. No trudno, jakoś przetrwałam, wszyscy padliśmy w końcu o tej 3 nad ranem i bez awantury, grzecznie następnego ranka wymeldowaliśmy się z hotelu ku zaskoczeniu obsługi. Ale domyślam się, że jakby moje dziecię puściło rzyga do basenu albo na przykład darło się wniebogłosy całą noc bo by kolkę miało, albo zęby by się wyrzynały, to skandal na całą wieś by był. Nie kumam.