Mum and the city

Prawdy i mity na temat porodu*

23 września 2013

Wokół tematu porodu krąży sporo legend. Jestem w końcu gotowa, aby ze wszystkimi się rozprawić, znokautować punkt po punkcie. Uwaga!

Oto moja subiektywna lista prawd i mitów na temat porodu:

1. Coś takiego jak niedopasowanie dziecka do matki w naturze się nie zdarza – MIT.

Mamunia w dniu porodu ważyła 55 kilogramów. Jej biodra miały w obwodzie całe (!) 83 cm. Czy Kuku był przez to małym dzieckiem? Nie. 3,5 kilograma szczęścia, 53 cm długości, 34 cm obwodu główki. 

2. Przed przyjęciem na salę porodową dokładnie mierzą kobietę, aby nie dopuścić do sytuacji, w której dziecko nie będzie mogło przejść przez kanał rodny – MIT.

O to, czy mnie zmierzą, zapytałam już na izbie przyjęć, kiedy panią doktor nie interesowało nic poza dziurą po kolczyku w moim pępku (za którą zostałam – delikatnie mówiąc – opiórkowana, chociaż nic się z nią w czasie ciąży nie stało, ale panią doktor zdenerwował sam fakt posiadania kiedyś kolczyka w TAKIM miejscu). Nakrzyczano na mnie ponownie, więc dalej nie pytałam, tym bardziej, że pani doktor po raz kolejny zabierała się za zrobienie bolesnego masażu szyjki macicy, nie zwracając uwagi na to, że zwijam się właśnie z bólu z powodu skurczu. Po tym pytaniu nawet jakby z jeszcze większą mocą masaż wykonywała, więc było oczywiste, że dalej pytać nie będę. Mąż był za drzwiami, ale kiedy tylko położono mnie na sali porodowej, zmusił położną do przyniesienia cyrkla. Pomiar wykonała studentka. Jego wynik nikogo – poza nami – nie zainteresował. Usłyszałam tylko, że mam zgrabne, kobiece (sic!) biodra, akurat do rodzenia (wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że mam biodra czternastoletniego chłopca). To standard, nawet jeżeli wymiary kobiety są poniżej normy, w Polsce zawsze warto spróbować (w końcu nie ma to jak poród siłami natury). Dodatkowo nikt nie podłączył usg, żeby sprawdzić ułożenie dziecka czy chociażby je zmierzyć. Przez to kilka godzin później stała się tragedia.

3. Golenie/lewatywa/nacinanie nie jest już obowiązkiem – MIT.

Niby nie (w końcu pytają cię o zgodę, musisz nawet wypełnić odpowiednie formularze pomiędzy jednym a drugim skurczem), ale spróbuj odmówić. Ciekawe, czy jest choć jedna odważna na sali?
Ja odmówiłam, po czym usłyszałam litanię, dlaczego to zła decyzja i z jakich powodów powinnam ją zmienić.

4. Ból jest, ale jest to ból do wytrzymania – MIT.

Gdyby był to ból do wytrzymania, żaden poród nie kończyłby się śmiercią. Kobiety nie potrzebowałyby zastrzyków, gazów rozweselających, głupich jasiów. W szpitalach nie byłoby wanien, piłek, drabinek (ok, w polskich nadal nie ma, ale za granicą jest to standard), wszystkiego, co ma ból złagodzić. Ból porodowy jest porównywany do bólu towarzyszącemu łamaniu 300 kości. Równocześnie. Czy ktokolwiek z nas jest w stanie to sobie wyobrazić? Nie. I dla kobiety ta skala bólu, którą zaczyna odczuwać w czasie skurczy, jest skalą nieznaną, niewyobrażalną, przekraczającą próg wytrzymałości tysiąckrotnie. Albo i więcej. Dla mnie ból był stanowczo nie do wytrzymania, dlatego wybłagałam znieczulenie zewnątrzoponowe. Gdybym go nie dostała, wyskoczyłabym przez okno. I nie jest to wcale żart.

5. Kiedy dostanie się dziecko na ręce, o całym bólu się zapomina – MIT.

O tym pisałam już dwukrotnie (tu i tu). Matka natura tak to wszystko urządziła, że faktycznie po czasie (ale są to miesiące, a nie minuty!) nie pamięta się już, jaki ten ból był, dlatego chyba żadna z nas nie jest w stanie go opisać, ale faktem jest, że coś tam się jednak pamięta. Na zawsze. Ja zapamiętałam mój strach, kiedy dotarło do mnie, że nie ma już odwrotu, a ból będzie coraz silniejszy i będzie trwał coraz dłużej, a przerwy bez bólu, w których można odpocząć, skrócą się. Zapamiętałam też, że był nie do wytrzymania (patrz punkt wyżej). 

6. Dostępne w naszym kraju leki przeciwbólowe powszechnie stosowane w czasie porodu ze znieczuleniem nie mają nic wspólnego, dodatkowo szkodzą dziecku – PRAWDA.

Mowa przede wszystkim o Dolarganie, który tak naprawdę jest narkotykiem i na zachodzie już dawno przestał być stosowany. Jak każdy narkotyk – szkodzi dziecku, bo dostaje się również do jego krwiobiegu. Nie znosi dolegliwości bólowych rodzącej, sprawia natomiast, że kobieta jest otumaniona, bez świadomości, a przez to potulna, więc daje odpocząć szpitalnemu personelowi. I o to przecież w tym wszystkim chodzi.

7. Właściwe oddychanie pomaga złagodzić ból lepiej niż jakiekolwiek lekarstwa – PRAWDA.

W czasie porodu nie mogłam oddychać, ponieważ od tygodnia byłam chora (podwyższona temperatura, zapchany nos, duszący kaszel), jednak zdarzały się momenty (zaraz po wysmarkaniu nosa), w których zastosowanie właściwych technik oddechowych przynosiło prawdziwą ulgę. Dlatego warto przed porodem uczęszczać na zajęcia w szkole rodzenia, a w trakcie słuchać się położnej.

8. Nie należy bać się samego porodu (fazy skurczy partych) czy też podczas partych już nie boli/czujesz ulgę – MIT.

Kiedy nadeszły skurcze parte, nie poczułam ulgi. Pomyślałam za to, że mnie oszukano. Co więcej, w tamtej chwili postanowiłam odnaleźć wszystkie kobiety, które twierdziły, że samo rodzenie jest ulgą i kopnąć je w piszczel. Dla mnie właśnie wtedy zaczął się prawdziwy hard core. Wysiłek z niczym nieporównywalny (stąd moje skojarzenie, że kobieta rodząca jest jak koń pociągowy). Ból wywołujący mdłości, a w skrajnych przypadkach wymioty. Czytałam wcześniej, że faza ta trwa maksymalnie kilka minut, cóż, u mnie trwała ponad godzinę i była to najdłuższa godzina w moim życiu.

9. W dzisiejszych czasach rodząca ma prawo wybrać pozycję, w której chce rodzić – MIT.

Może, pod warunkiem, że będzie to pozycja wygodna dla lekarza, niekoniecznie dla rodzącej. Czyli raczej wbrew naturze i grawitacji.


10. Nikt już nie stosuje zabiegu Kristellera – MIT.


Polega on na wypychaniu dziecka z brzucha rodzącej łokciem/przedramieniem przez położną/lekarza. Jest niebezpieczny i przez to zakazany, ale to nie znaczy, że nikt go nie stosuje! Na moim brzuchu położna niemal leżała. Kilka tygodni wcześniej w innym szpitalu znajomej złamano w ten sposób żebro.


11. Tylko dzięki porodowi naturalnemu matka – za sprawą wydzielanych hormonów – kocha swoje dziecko od pierwszych chwil – MIT.

Pisałam o tym w poprzednim poście. Wiele kobiet ze względu na poporodową traumę potrzebuje czasu, aby dojść do ładu z samą sobą i skupić się na dziecku. O tym, jaką jesteśmy matką, nie decyduje sposób, w jaki urodziłyśmy!

12. Kobieta po porodzie naturalnym bardzo szybko dochodzi do siebie/na drugi dzień może już skakać, biegać, tańczyć czy też bez problemu zająć się dzieckiem – MIT.

Nie wiem jak inne kobiety, ale ja po porodzie naturalnym przez dwa tygodnie nie mogłam ruszyć się z łóżka. Miałam głęboką anemię (poziom hemoglobiny poniżej 5, o takiej pacjentce w żargonie lekarzy mówi się: „żyje, a nie powinna”), więc zmieniające się na dyżurze położne, które stawały nad moim łóżkiem i z krzykiem próbowały mnie z niego wyciągnąć (na nic tłumaczenia, że nie jestem w stanie, bo według nich „po porodzie trzeba się ruszać!”), ze zdziwieniem patrzyły, jak osuwam się na podłogę. Potem oczywiście sięgały po kartę pacjenta i przywoływały do mnie studentkę, która pomagała mi dojść do łazienki, wejść pod prysznic, itp. Do tego rana, hemoroidy, schodzenie (tyłem, na kolanach, bo usiąść nie można!) z absurdalnie wysokiego szpitalnego łóżka bez majtek (surowo zabronionych!) z podkładem między nogami, na który trzeba uważać, żeby nie wypadł (każda kobieta w takiej chwili wyglądałaby jak prawdziwa akrobatka, gdyby nie grymas bólu na twarzy spowodowany rozciągającym się szwem). Zresztą, po co ja to piszę? Wystarczy odwiedzić pierwszą lepszą porodówkę (a warto przed porodem odwiedzić ich kilka, żeby mieć jako-takie rozeznanie w poziomie wyposażenia okolicznych szpitali) i zobaczyć kobiety, które chodząc korytarzem, powłóczą nogami, syczą z bólu, słaniają się przy ścianie – wszystkie wyglądają przy tym jak swój własny cień. Zapewniam Was, żadna nie tańczy. Skoków i biegania też nie odnotowałam. Jedna (odważna!) jadła obiad w pozycji siedzącej, pozostałe próbowały dokonać tego na leżąco lub stojąc. Ta, która jakimś cudem usiadła, później przez pół dnia nie mogła zdobyć się na to, aby pozycję zmienić.

13. Kobieta po porodzie naturalnym (uwaga, będzie ostro!) mogłaby bez wstydu zrobić kupę na środku ulicy – PRAWDA.

Zaczyna się w czasie ciąży. Ciało kobiety przestaje do niej należeć. Częste wizyty u ginekologa, macanie brzuszka przez rodzinę/znajomych, ciekawskie spojrzenia obcych na ulicy. Potem nadchodzi dzień porodu, kiedy ogląda cię z tamtej strony dziesięć osób (włącznie z salową, która weszła właśnie wynieść śmieci), a po wszystkim leżysz sobie z rozłożonymi nogami na wprost otwartych na korytarz drzwi i czekasz, aż lekarz znajdzie chwilę czasu, żeby cię zszyć. Później oczywiście obchody (lekarz + studenci i przypadkowe osoby na korytarzu), podczas których trzeba pokazać, jak zrasta się rana i obnażanie piersi przed położnymi oraz kobietami leżącymi z tobą na sali (często również przed wszelkiej maści odwiedzającymi), żeby sprawdzić, czy już jest pokarm.

14. Słaba psychika powinna być wskazaniem do cesarskiego cięcia – PRAWDA.

O tym usłyszałam dopiero po porodzie. Po którym długo nie mogłam się pozbierać. Przez wiele tygodni wchodziłam pod prysznic i płakałam – wróć! – wyłam z bólu, próbując zmyć z siebie złe wspomnienia. Właśnie te tygodnie stracił mój syn, którym zajmował się w tamtym czasie mąż. Ja praktycznie nie byłam w stanie (również ze względów czysto zdrowotnych, o czym pisałam w punkcie 12). Że moja psychika zaszwankowała w godzinie zero zgodnie orzekła położna wraz z lekarzem. Na oddziale poporodowym dostałam nawet ksywkę: „nasza twardzielka” – widać, w dyżurce musiały krążyć o mnie legendy. I ja ich, i oni mnie zapamiętają pewnie na długo…

A może Wam też przychodzą do głowy jakieś mity/prawdy na temat porodu? Dziewczyny, piszcie, nie chodzi o to, żeby wystraszyć pierwiastkę, ale nie chciałabym, żeby jeszcze jakaś kobieta poczuła się tak okrutnie oszukana jak ja.

* Dzisiaj bez zdjęć – szukałam w sieci jakieś trafnej ilustracji, ale na większości fotek kobieta rodząca jest wręcz w euforycznym stanie: uczesana, umalowana, uśmiechnięta od ucha do ucha, co zupełnie nie przystaje do mojej wizji porodu.

  • MagdaZZZ

    Mamuniu – robisz wielką robotę!!! Jeszcze raz BRAWO!!!
    Jak wspomniałam – ja tego uniknęłam. Jednak chyba moja wyobraźnia jest mocno rozbudowana i nigdy na te mity się nabrać nie dałam (a może to też męża i jego historii zasługa?)
    Ale jak czytam… to ciary mam na ciele. Coś strasznego. Najgorszy jest dla mnie punkt 13. W całym porodzie najbardziej przerażał mnie właśnie ten brak intymności To, że nagle Twoje genitalia i piersi, które na co dzień tak skrzętnie przez wszystkich skrywane, nagle, tylko dlatego, że rodzisz, stają się dobrem publicznym – każdy może popatrzeć, pomacać, ocenić. Masakra. Współczuję.

  • Ven

    wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr, koszmar. Mamuniu współczuję, mam nadzieję że kobiety staną się bardziej świadome, bo nie każda ma lekki poród (w zasadzie mało która chyba taki ma). Moja znajoma męczyła się 27 godzin na sali, też ma biodra jak 14-letni chłopiec. Dziecko było duże 4,5 kg i długie ponad 60 cm. W końcu przy właściwej akcji porodowej nie miała siły i musieli użyć „odkurzacza”. Na szczęście z maleńką wszystko w porządku.

  • Anonymous

    Jestem w szoku,myślałam że tak było 45 lat temu.Ja rodziłam dziecko-2,9kg,biodra miałam szersze,cierpiałam strasznie,nie było żadnej pomocy i rady jak toprzetrwać.Ja rodziłam w Inowrocławiu alenigdy by mi nie przyszło do głowy żeprawie po 50 latach ito w Poznaniu tak się rodzi……….koszmar.To zależy tylko od lekarzy i pielęgniarek,bo drugi poród,mimo że pośladkowy urodziłam z uśmiechem i bardzo szczęśliwa.

  • dorkota

    Masakra. Ja podtrzymuję swoje zdanie – wszystko zależy od szpitala, w którym się rodzi. Zgadzam się, ból jest jak cholera, parcie to wcale nie ulga, nie ma nic ludzkiego w rodzeniu i żadnego cudu też nie zauważyłam. Ale położne mi bardzo pomogły, od razu powiedziały, że nie będą nacinać krocza, konkretnie motywowały do parcia.

  • Ven

    a ja jak czytam nacinanie krocza to mi się wszystko w środku przewraca, to już wolę brzuch.

  • Anonymous

    Ja rodzilam troche wczesniej niz Ty, bo 2 marca – sobota, moja druga corcie. Pierwszy porod nie byl najgorszy ( w Polsce w 2007 roku), ale bez golenia, nacinania krocza i szycya sie nie obeszlo. Drugi natomiast w Irlandii wspominam super. Nie zdecydowalam sie na znieczulenie zewnatrz oponowe tylko na gaz, nie wiem czy faktycznie pomogl czy moja psychika po prostu czula sie lepiej. Ja w przeciwienstwie do Ciebie faze paprcia wspominam jako wybawienia, kilka chwil i mala byla z nami. Przelezala golutka pod moja koszula na piersi z 2 godziny, w tym czasie dostalismy z mezem tosty, kawe i herbate. Kazda kobieta rodzi we wlasnej sali z toaleta i prysznicem. Po 3 godzinach wstalam i poszlam sie wykapac. Na drugi dzien o 11 bylam juz w domku. Wogole nie czulam sie jak po porodzie. A w poniedzialek rano smigalam juz starsza corcie zawiezc do szkoly i nikt nie mogl uwierzyc,ze jestem 2 dni po porodzie. Pisze to, zeby Ci powiedziec, ze porody sa rozne i nie zawsze ma sie takie traumatyczne wspomnienia jak ty. Pozdrawiam i jestem fanka Twojego domku.

    • Wiem, dlatego podkreśliłam, że to moja subiektywna lista.
      Również pozdrawiam.

  • Anonymous

    Nawet jak już uświadomisz każda Polkę na temat tego, jak jest w Polsce okropnie, to nadal zostanie okropnie. Bo szpitale nadal będą zadłużone, nie będzie piłek i wanien do rodzenia. Lekarzom podejścia zmienić się nie chce – bo rutyna, wiedzą lepiej.I niby niewiele da się z tym zrobić, ale niektórzy mają komfort wyboru. Na blogu pokazujesz często, że nie liczysz się z pieniędzmi lub po prostu stać cię na droższe rzeczy. I nie ma w tym nic złego – marki rozpoznaję, a to znaczy, że sama je kupuję, jakość zdjęć też mówi jednoznacznie, że aparat to już nie zwykła cyfrówka tylko coś lepszego, czyli kasa jest i dobrze, ale w takim razie czemu nie zdecydowałaś się na poród prywatny, w kameralnym prywatnym szpitalu? Może ból byłby taki sam, ale na pewno traktowaliby Cię w lepszy sposób. Za to im płacisz w końcu.W każdym razie z moich obserwacji wynikało zawsze, że wizyty u lekarzy prywatnie mniej szkodziły mojemu zdrowiu i cierpliwości. I w ogóle. Ja na poród nie zdecydowałam się w państwowej placówce. I choć nie byłam – tak samo jak Ty – uświadomiona na temat porodu, wiedziałam, że:
    1. boleć będzie
    2. polska służba zdrowia to chory system
    3. to czas, w którym zapewnić sobie muszę maksymalny komfort. Nawet jesli wiąże się z dodatkowym wydatkiem.
    I nie żałuję. Bo było dobrze- o ile poród może być dobry. Nie miałam takich traumatycznych przeżyć, nikt nie kazał mi wstawać z łóżka, bo opiekowano się i mną, i dzieckiem, nikt na mnie nie krzyczał, itd, itp. Wiem, że nie każda kobieta ma taki wybór, wiem, że zapewnienie komfortu rodzącej to powinien być naczelny obowiązek każdej placówki szpitalnej, ale chyba żyjesz na tym świecie nie od dziś, by wiedzieć już, że tak nie jest. Poza tym na pewno swoje przeszłaś chodząc na wizyty, badania kontrolne i do lekarzy podczas grypy czy okulisty – jak pisałas masz dużą wadę wzroku – by wiedzieć, że system jest chory i trzeba się ratować, jak tylko się da.

    Walczysz z mitem a powielasz kolejne mity. Kobiety z bólu przy porodach nie umierają. Umierają z powodu komplikacji, krwotoków, anemii i innych, ale nie z samego bólu – MIT.

    • Ja miałam wrażenie, że umrę z bólu, ale przeżyłam, więc być może faktycznie szerzę kolejny mit.

      Muszę się z Tobą zgodzić również, że nie chodzi o konkretny szpital – ja w sumie na mój szpital nie narzekam – tylko o system. Dlaczego nie wybrałam prywatnej klinki? Mieszkam w mieście, w którym są najlepsze porodówki w Polsce, byłam pewna, że tak profesjonalnej opieki nie otrzymam prywatnie. Raz – prywatne szpitale tutaj zatrudniają kiepskich lekarzy (byłam, więc wiem). Dobry lekarz otwiera własną działalność i przyjmuje we własnym gabinecie. Dwa – nie mają takiego sprzętu i tyle personelu (zwłaszcza nocą, kiedy odbywają się porody).

      Wybrałam szpital z bardzo dobrymi opiniami, który włączył się w program „Rodzić po ludzku”. Nie myślałam, że nawet tam panuje Ciemnogród, lekarze nie mają czasu ani chęci, a położne pretensje do całego świata.

    • Anonymous

      Ja niedawno leżałam na Polnej (nie z okazji porodu a z okazji jajników). Trafiłąm tam, bo prowadzący mnei prywatnie lekarz pracował tam na etacie. I powiem, że opieka była po porostu fenomenalna. Leżałam w sali dwuosobowej, w której miałyśmy swoją łazienkę, prysznic, wc i umywalkę). Bardzo miła i serdeczna opieka. I pomyślałam teraz, że może w tym jest metoda? Że chodzić prywatnie do gina, który pracuje w szpitalu, w którym będziemy rodzić? Zareaguje szybciej, od razu położy gdyby jakieś komplikacje (mnie przyjęto na oddział w niedzielę, a to nie był jakiś gwałtowny przypadek, lekarz sam pilnował w Izbie Przyjęć kiedy będzie miejsce, żeby mógł mnie tam położyć), a na porodówce też mówisz, że od tego i tego lekarza jesteś. Telefon do niego, że rodzisz, on, jeśli nie może, to do kolegi zadzwoni- ale zawsze to chyba inaczej. Nie wiem już sama. Ale to już na przyszłość, bo teraz to już po ptokach. A z ciekawości… myślisz o drugim porodzie? A jeśli tak, to gdzie byś rodziła?

    • Ja chodziłam na prywatne wizyty do lekarza (właściwie lekarki) z Polnej – wspaniały. W ostatniej chwili zdecydowałam się jednak na inny szpital, taki, w którym dają znieczulenie zewnątrzoponowe. Doszłam też do wniosku, że prawdopodobnie i tak z porodem nie trafię na dyżur mojego lekarza, no i fakt, że na Polnej jest „mała fabryka”, tzn. tyle kobiet przyjeżdża z całej Polski, że nie będą mieli czasu pomóc mi przy dziecku, a ja byłam w tych sprawach zupełnie zielona.

      Poród? Napiszę tak – chciałabym mieć drugie dziecko. Mąż, po tym co przeszliśmy, nie chce o tym słyszeć. A to niby my jesteśmy słabszą płcią.

  • shenkoka

    To ja obalę jeszcze jeden mit. Nieprawda, że prywatny szpital zapewni super opiekę. To własnie w prywatnej placówce z własna położną rodziłam pierwsze dziecko. Owszem dostałam znieczulenie, owszem były piłki, super fotel do rodzenia, wanna, drabinkim świeczki, muzyka i inne tego typu gadżety. Sale wyposazone w tv led..nowoczesne wygodne łózka, osobne łazienki..miodzio..tylko jedno małe ale..mój „super prywatny szpital” nie był przygotowany na komplikacje w trakcie porodu…o kompetencjach lekarza nie wspomnę (na CC było za późno..więc decyzja Vacuum, a lekarz będący przy porodzie mówi: „ale ja nie potrafię podłączać vacuum” – w efekcie sprowadzano mojego lekarza prowadzącego w nocy, by podłączył urządzenie)..ale najgorszy był brak profesjonalnego sprzętu..moje dziecko karetką przewożono na OIOM Górnosląskiego Centrum Zdrowia Dziecka..ja zostałam sama w szpitalu..po czym rano mój lekarz prowadzący zadał mi pytanie, jak to mozliwe że zaczęłam rodzić 2 dni przed terminem?…yyyyyyyyyyyy zabrakłomi słów..to ja pierwsza? potem od połoznej dowiedziałam się, że to wszystko moja wina, bo nie parłam jak trzeba…yyy to jak trzeba? i czy to nie jej zadanie pomóc mi w tym? a na koniec trzykrotnie poprawiano mój wypis ze szpitala, bo nikt nie chciał przyznać, że miałam zatrucie ciążowe, którego lekarz prowadzący (z tego szpitala!!!!) nie wykrył…w związku z powyższym wypisano mnie z olbrzymią leukocytozą, co skonczyło się dużą dawką antybiotyków uniemożliwiająca mi karmienie dziecka – a dokładniej odciaganie pokarmu..
    tymczasem drugie dziecko urodziłam przez CC w publicznym szpitalu, bo już wiem, że nieważne w jakiej sali ja spędzę pobyt w szpitalu, ale ważne w jakich warunkach będzie moje dziecko..i musze mieć pewność, że szpital jest w stanie pomóc mu gdy zajdzie taka potrzeba..

  • Mama :)

    nie wiem, czy ktoras z Was ogladala iles lat temu (z 15 lat?) byl taki dokument na tvp1: pierwszy krzyk?
    ja chodzilam wtedy do szkoly podstawowej. powiem szczerze, ze sie niezle wtedy juz najadlam strachu jak to ogladalam. wszystkie kolezanki, ktore rodzily przede mna, opowiedzialy mi szczegolowo jak wygladal ich porod. chociaz przy ktorejs juz tam mowilam stanowczo, ze nie chce tego sluchac. bo nie byly to mile opowiesci.
    chodzilam rowniez do szkoly rodzenia i na jednym z ostatnich spotkan mielismy wizyte na sali porodowej i pogadanke z ordynatorem oddzialu poloznictwa. ów ordynator zaczal opowiastke od komplikacji ciazowych: krwotokach, usuwaniach macic itd.
    powiem szczerze, ze bylam tak negatywnie uswiadamiona przed porodem, ze naprawde sie spodziewalam najgorszego.
    i musze przyznac ze chociaz bolalo baaardzo (!!!), nacieto mi krocze, lekarz rowniez mi ‚skakal’ po brzuchu to…
    ciesze sie ze dziecko urodzilo sie zdrowe i ja przezylam, reszta nie byla dla mnie wazna. rany sie zagoily, a bol minal.
    mysle, ze z tym uswiadamianiem innych na temat porodu trzeba tez miec troche umiarkowania i zdrowego rozsadku.
    pozdrawiam

  • Aleksandra

    Od początku wiedziałam, że chcę rodzić naturalnie, przez całą ciążę towarzyszyła mi ta piękna wizja cudu narodzin, jeszcze złączone pępowiną leżymy sobie i napawamy się naszym spotkaniem. Po kilkunastu godzinach akcji skurczowej nie mogłam się doczekać, kiedy przyjdzie lekarz i zabierze mnie na stół. Pomimo skurczy zmuszających mnie niemalże do wyrwania parapetu, rozwarcie stanęło, dziecko wysoko. Od decyzji o cięciu do momentu zadziałania znieczulenia odliczałam minuty, pod koniec już półminuty. Pogoniłam swoją piękną wizję precz. Śmieszą mnie kobiety, które opowiadają, że poród to najwspanialszy dzień w ich życiu. Może moment, kiedy przytulają swoje dziecko po raz pierwszy. Ale poród?
    CC zarzuca się, że więź z dzieckiem jest słabsza. Jak czytam wypowiedzi Mamuni czy komentarze, to i po porodzie naturalnym różnie z tym bywa. Też jestem dzieckiem z cięcia i jakoś nie czuję się małokochana przez swoją mamę. A miłości i tak w mniejszym czy większym stopniu trzeba dać trochę czasu. Ja zakochałam się w swojej coreczce będąc z nią, przytulając, zmieniając pieluchę. Nie wiem czy po porodzie siłami natury doznałabym wybuchu euforii. Pewnie miałabym traumę (nie bójmy się tego słowa). Nie mogę wypowiadać się na temat fazy parcia, ale mając w pamięci fazę skurczy, nie żałuję że do niej nie doszło. I wcale nie dziwię się kobietom, które nie wyobrażają obie rodzić inaczej. Dziwię się raczej, że tak mało się o tym mówi, że czasami nawet piętnuje się CC, traktuje jak poród drugiej kategorii. Przez taką gadkę też miałam wyrzuty sumienia, że się nie udało, że jestem jakby matka niepełną i takie tam. Guzik. Nieważne, jaką drogą Twoje dziecko przyjdzie na ten świat. Ważne jest co potem. Jakim przewodnikiem po tym świecie dla niego będziesz. A że po operacji boli? Bardzo? hmm, tak jakby połóg po porodzie naturalnym był bezbolesny. Ból minie. Nie zaraz, już, nie w chwili kiedy zobaczysz swoje dziecko. Ale minie. A potem to już nie ma czasu na myślenie o tym;)

  • ad. 2. Mnie też nie mierzyli. Nawet nie wiedziałam, że się robi coś takiego. Ale na szczęście na wstępie zrobili USG.
    ad. 3. Lewatywę miałam, ale w sumie z własnej woli. Jakbym się nie zgodziła, to położna by nie zrobiła. Nacięcia też nie miałam, ale widocznie nie było potrzeby.
    ad. 4. Ból jest do wytrzymania, bo po prostu nie ma się innego wyjścia. Mnie OGROMNĄ ulgę przyniósł prysznic. Przesiedziałam w nim bite 4 godziny. A znieczulenie też miałam. Mimo to skurcze były odczuwalne, więc tylko domyślam się, jaka masakra musi być bez…
    ad. 5. Ja o bólu zapomniałam, ale dopiero teraz, 5 miesięcy po porodzie. Pamiętam, że bolało jak jasna cholera, ale mimo wszystko poród wspominam bardzo pozytywnie, a wręcz nie mogę się doczekać kolejnego ;) (nie wiem, czy to instynkt macierzyński czy już masochizm? ;))
    ad. 8. To, że skurcze parte nie bolą, to największa bzdura, jaką kiedykolwiek słyszałam. A też obiły mi się o uszy takie opinie. Jak się zaczęły, miałam wrażenie, że coś rozrywa mnie od środka (co fakt, to fakt). Darłam się strasznie, okraszając krzyki nieśmiertelnymi stwierdzeniami w stylu „O Bożeeee” albo „Nie mam siłyyyyy”
    ad. 10. U mnie lekarz też to zastosował. Bez uprzedzenia. Byłam w małym szoku.
    ad. 11. Ten temat też poruszałam u siebie na blogu. Rodziłam naturalnie, a mimo to prawdziwa miłość zaczęła się 3-4 miesiące PO porodzie.
    ad. 12. To akurat u mnie prawda. Już po kilku godzinach skakałam wokół dziecka, wszystko robiłam sama. Pamiętam, jak położna zdziwiła się, że już byłam sama w toalecie. No ale to kwestia indywidualna.
    ad. 13. Eeee, raczej nie ;)

  • Mamowo-życiowo

    Dzięki za ten tekst :).
    Od sześciu miesięcy zmagam się z wyrzutami sumienia, że nie spisałam się podczas porodu. Rodzina nie traktuje tego zbyt poważnie, śmieją się ze mnie, bo w końcu zawsze byłam nadambitna, można się było tego spodziewać. Ale tu nie ma naprawdę nic do śmiechu. Rodziłam naturalnie. 24 godziny. Ze skurczami partymi od piątego centymetra rozwarcia (oczywiście przeć wtedy nie można). Od początku ciąży byłam pewna, że poród to coś do przeżycia. Że nasze prababki, babki i nawet jeszcze matki rodziły w dużo gorszych warunkach i przeżywały. I że ja, młoda, zdrowa, wysportowana i (mam akurat to szczęście) odpowiednio zbudowana, na pewno sobie poradzę. Okazało się, że jednak krzyczałam i płakałam z bólu, a w dodatku byłam kompletnie niewspółpracująca, za co w kółko położną przepraszałam (też rodziłam w Poznaniu, w Raszei – ze swojej strony – naprawdę polecam, na porodówce dbano o mnie jak nigdzie, tylko że ja bardzo nie chciałam zewnątrzoponowego i mi nie przeszkadzało, że tam o nie trudno). Dzięki takim tekstom jak Twój powoli dociera jednak do mnie, że ambicje trzeba zostawić daleko przed drzwiami porodówki…

    Żeby nie straszyć innych czytelniczek – ominęło mnie z kolei parę rzeczy, które spotkały Ciebie – personel szpitala się z spisał, druga faza porodu poszła naprawdę szybko i po tych czterech godzinach, kiedy nie mogłam przeć, byłam nią naprawdę zachwycona (Mąż mówi, że wyglądałam wtedy na tak samo szczęśliwą, jak kiedy dostałam dziecko na ręce), uderzenie hormonów po wszystkim było takie, że rzeczywiście nie czułam zmęczenia, nosiłam Małą po całej sali dzień po porodzie (nie cierpiałam, nawet rana po nacięciu mnie nie bolała) i fizycznie doszłam do siebie błyskawicznie. Gorzej z tą nadambitną psychiką.

    Mój mit, który chcę obalić:
    Będziesz wiedziała, kiedy to się zacznie. – Cholera. Może zbyt głupia jestem, ale za diabła nie wiedziałam. Pojechaliśmy do szpitala za szybko. Wszystkim po drodze tłumaczyłam, że nie wiem, co to jest, bo niby boli co 5 minut, regularnie i to naprawdę porządnie, ale w dolnej części pleców. Przez dobrych kilka godzin wmawiano mi, że nic mnie nie boli i żadnych skurczy nie ma i że będzie znacznie gorzej, podczas gdy ja zwijałam się z bólu i zaczynałam być na poważnie przerażona. Wzięli się do roboty, jak na fotelu u ginekologa odeszły mi wody :P. Dzisiaj jestem mądra i wiem, że to były bóle krzyżowe. Wcale mi ta wiedza nie pomaga. Absolutna ohyda. Oddychanie nie pomaga. Skurczy macicy przy tym bólu właściwie nie poczułam.

    • Też miałam krzyżowe, wiem, co to za cholerstwo. Na ktg nic nie było widać, więc niby nie rodziłam. Wszyscy wokół (przed, w trakcie i po porodzie) tłumaczyli mi, że powinnam dużo chodzić, żeby poczuć ulgę. A ja nie mogłam się wyprostować, tak promieniowało z krzyża! No to chodziłam zgięta wpół, a potem już tylko leżałam.

      I też miałam straszne wyrzuty (wróć: mam), że się nie sprawdziłam. Moje dziecko urodziło się nieprzytomne, reanimacja, OIOM, mało pkt. w skali Apgar. Koło roku powinno być lepiej. Psychiczne rany powoli się goją, to co złe odchodzi w niepamięć. Połóg trwa niby dwa miesiące, ale tak naprawdę większość kobiet zbiera się do kupy właśnie przez rok.

  • Witam ;) Jestem tutaj po raz pierwszy i pewnie będę zaglądać.. za 10 tygodni czeka mnie poród.. bo Twoim poście czuję się doinformowana.. hmm Nie lubię opowieści w stylu : ” To był najcudowniejszy dzień, bólu nie pamiętam ” nastawiam się, że będzie bardzo ciężko , ale trzeba to ogarnąć i Twój post bardzo mnie wciągnął ! Pozdrawiam oczekiwaniee.blogspot.com

    • Ja też wolałabym być przygotowana do mojego porodu, a nie byłam, bo zewsząd słyszałam: ból jest, ale nie taki straszny; od razu o nim zapomnisz; euforia, pierwszy uśmiech, itp. No to szłam z nastawieniem: będzie super! A w trakcie czułam się zwyczajnie oszukana ;).

      Trzymam kciuki za pomyślny poród! I dużo zdrówka życzę dla Mamy oraz Dzidzi :).

  • Ona89

    Ja tylko powiem zw trafiłaś na straszny szpital.

    Ja w momencie przyjęcia byłam dokładnie zmierzenia usg określające położenie wagę i czy dobre są przepływy. Badania ręczne delikatne. Lewatywa na życzenie choć ja chciałam. sama wybieralam poZycje rodzilam na czworakach. Ból był dla mnie spokojnie do wytrzymania nie korzystałam z żadnego znieczulenia.

    Dostałam krwotoku ale szybko opanowali sytuację a w nocy dostałam 3 jednostki krwi i poczułam się jak nowo narodzona. Moja hemoglobiny wynosiła 6 kilka godzin po krwi 8 tydzień później 12.

    Dziecko miało co chwilę kontrolowane tętno. Kilka razy ktg.

    Faza parta trwała u mnie 7 minut. 2 skurcze 4 parcia.

    Pisze o tym bo warto pisać że dobra opieką zdarza się i w Polsce a poród to indywidualna sprawa i może być źle jak u Ciebie i super jak u mnie .

  • Michał

    jako ojciec który był przez cały poród przy zonie napiszę tylko że może warto przed porodem zrobić wywiad odnośnie szpitala w którym chcecie rodzić ? żyjemy w 21 wieku i nie koniecznie trzeba jechać do pierwszego lepszego. A wiele z opinii w artykule uświadcza mnie w przekonaniu że chyba takiego rozeznania nie robiłaś….

    • Jasne, że robiłam :). Żyjemy w XXI wieku, nie warto jechać do pierwszego lepszego ;).

      • Asia Michnikowska

        W którym szpitalu rodziłaś, jeśli można spytać? Ja słyszałam tyle dobrego o św Rodzinie, że zdecydowałam się tam rodzić (poród za 2 miesiące). Niestety Twój opis szpitala – zewnątrzoponowe na życzenie, trochę mnie niepokoi, bo brzmi znajomo. Teraz już chyba są tam piłki, niestety jest też dolargan.

        • Szpital Św. Rodziny – zdecydowanie odradzam. Ze względu na opiekę: od izby przyjęć począwszy poprzez porodówkę (brak jakiegokolwiek wsparcia), a na opryskliwych pediatrach skończywszy.

  • magdalena g

    Nic dodać nic ująć, po pierwszym traumatycznym porodzie w państwowym szpitalu umówiłam się na drugi do prywatnej kliniki w Białymstoku 250km od mojego domu. Miałam co chciałam. Wytłumaczyłam przez co przeszłam, ginekolog brał pod uwagę moje oczekiwania co do tego jak poród ma wyglądać, podpowiadał, rozmawiał, a po wszystkim zapytał czy tak miało być i czy jestem zadowolona. Oczywiście że tak!:) Dodam jeszcze że kosztowało mnie to ok 2000zł bo szpital miał umowę z nfz.

  • leretiks

    Ten artykuł to w większości brednie.
    W dodatku rodzicie na leżąco, macie stosowane wywoływanie porodów, róże stymulacje czy inne bolesne zabiegi, a potem szycie krocza i narzekacie że poród boli?
    To nie są żadne bóle porodowe, a bóle spowodowane interwencjami medycznymi. Naturalny poród w pozycji wertykalnej to nie jest wielki ból dla prawie żadnej kobiety. Wyrwanie zęba bez znieczulenia bolałoby o wiele bardziej.
    Dlatego zamiast krytykować porody naturalne, to należy krytykować ingerowanie w porody naturalne.

  • „Ból porodowy jest porównywany do bólu towarzyszącemu łamaniu 300 kości. Równocześnie.” Eee, nie ;-) Złamałam na samym początku ciąży kolano – bolało dużo bardziej niż poród. Przy kolanie płakałam, poród był fajny ;-)

    Jeśli chodzi o mity – to zdecydowana większość Twojego artykułu, ale on chyba wynikał z niewiedzy i bardzo złych doświadczeń? Przynajmniej tak mi się wydaje po Twoim opisie pięknego porodu ;-)