Mum and the city

Dzień z życia matki idealnej

21 listopada 2014

DSC_0684

Naczytała się matka internetów: artykułów w serwisach i na blogach parentingowych. Jako autorka jednego z nich stwierdziła, że czas również zacząć świecić przykładem. Będę matką idealną! Taką, jaką dotychczas nawet w deklaracjach być nie potrafiłam.

Wstała więc matka idealna skoro świt, przeciągając się ze spokojem na posłaniu, zamiast zrywać jak zwykle w poczuciu winy, że dziecko nawołuje zapewne od dłuższego czasu. A jak już wstała, to poszła do kuchni śniadanie robić. Pełnowartościowe takie, owsiankę na mleku z owocami, chociaż to bóg jeden raczy wiedzieć, co w tych marketowych owocach siedzi, trzeba było własną jabłonkę kilka lat temu posadzić i spod niej jabłka jesienią pozbierać. Pierwsza skucha.

Mleko jak zwykle wykipiało, ale nic to, rozpuszczam w nim stewię, mieszając zawzięcie. Jak zwykle w grudki się zbija i smakuje paskudnie, trochę gorzko, ale przecież cukru nie można, w końcu to biała śmierć dla całej rodziny, a ja jestem świadoma wszelkich zagrożeń. Że to mleko z kartonika też pewnie nie jest najlepszym wyborem, ale cóż zrobić, laktacja nigdy nie była moją mocną stroną.

Czy matka idealna myśli o sobie? Pewnie nie, w końcu jest matką, a poświęcenie wpisane jest w jej los jak w popularność Edyty Herbuś wpisane jest występowanie na łamach tabloidów. Jak nie, jak tak? „Trzeba było dzieci nie rodzić!” – słyszę w głowie hejterski głos internetów i jednak nie włączam programu treningowego Ewy, czekając, aż Kostek wstanie, ambitnie segregując jego klocki i wzdychając z tęsknoty, że tak długo śpi, podczas gdy moje życie, kiedy nie przewijam akurat pieluchy, wydaje się jakieś niepełne…

Całe szczęście niedługo potem syn zaczyna wydawać na górze bliżej niezidentyfikowane dźwięki. Coś w stylu: „Mhmmm… Aha! Ahaaa!!!”. Czyli że obudziło się dziecko i dzień nowy wita, a równocześnie pretensje ma do matki, że ta nie wita dnia razem z nim. Druga skucha. Bo – drodzy Państwo! – spać trzeba z dzieckiem, tulić je do piersi, inaczej pogubione będzie oraz niepewne mojej miłości, a więc ostatecznie i siebie samego.

Odsuwam od siebie te myśli jak co dzień, a dzisiaj już zwłaszcza, bo jestem idealna i w zabawie wynagrodzę mu sromotne porażki wszystkich samotnych nocy. Ale najpierw śniadanie! Płatki owsiane błyskawiczne (tak, tak, wiem, posypuję głowę popiołem, nic co błyskawiczne nie może być zdrowe!) zdążyły wypić całe mleko i ostygnąć nawet trochę. Zakryłam je owocami, żeby nie było, że jakieś paskudztwo dziecku daję, ale ono wcale nie w ciemię bite. Wyczuło, że coś jest nie halo i pluć zaczęło na znak protestu, że borówek nie ma jak latem. Nawet idealna nie wyczaruje ulubionych owoców! Taki mamy klimat, bejbe! Więc otwieram słoiczek z kaszką manną na dobranoc, jeszcze bardziej błyskawiczną niż ta owsianka przeklęta, której nikt nie lubi, ale wszyscy z apetytem jedzą.

Po śniadaniu jak zwykle dylemat: zająć się dzieckiem, sobą czy domem? Jakem matka idealna, najpierw o dziecku myślę… Ekhem… Powiedzmy. Szczoteczkę do ręki pierworodnego raz, szczotkę do włosów w rękę matki dwa i jakoś to idzie bez większych zgrzytów. Potem buty szybko, szybko, wózek… Dziecko nieoczekiwanie odmówiło współpracy i stwierdziło, że na spacer to i owszem, ale bez kurtki i czapki. Co robić? Jak żyć? Coś mi zaświtało, żeby zapewnić pozory samodzielności i zapytać: „Kochanie, czapka niebieska czy zielona? A kurtka? Kolorowa czy szara?”, ale my mamy tylko jedną czapkę i kurtkę… Może to i lepiej? Bo brak szacunku tak dziecko w konia robić! Dać wybór, którego de facto nie ma. Jak w takim razie szacunek wyrazić? Wytłumaczyć, że kurtka jest ważna, bo katar się za nami ciągnie, a na zewnątrz zimno. Na ziemi leży. Kurtka, czapka i dziecko…

Przytulić. Dużo przytulać. Wszak matka idealna tuli non stop, kojącym pocałunkiem łagodzi, uspokaja, robi coś, żeby odkryć potrzeby i odgadnąć emocje. Wszak to nie bunt dziecka jest, a jego komunikacja. Coraz głośniejsza zresztą. Przeciągłe wycie od kwadransa i wyrywanie się z rąk moich, odpychanie, bicie na oślep. Kapituluję. Oddalam się o kilka kroków i czekam. Nie robię już nic. Spuszczam głowę, zła na siebie, nigdy na dziecko…

Nagle, po minucie niecałej: cisza. Stoi przy mnie z tą czapką i kurtką. Na spacer jednak chce iść, a nie w przedsionku leżeć. Na wszystko się zgadza. No to idziemy! Jak wytłumaczyć półtoraroczniakowi łagodnie, spokojnie i w miłym tonie, ale stanowczo jednak, że po ulicy jeżdżą samochody, a ludzie idą chodnikiem? Że kurki się nie głaska, bo kurka dziobie? Nie używając przy tym słów „nie wolno!”, bo to zawsze trauma wielka dla tak małego człowieka? Czuję się, jakby ktoś mi wszystkie narzędzia zabrał, cel do osiągnięcia zostawiając ten sam. Jakbym cały pokój miała małym pędzelkiem przemalować. O losie współczesnej matki, która w swojej świadomości wszystkie tradycyjne metody odrzuciła! System kar i nagród przekreśliła grubą, czerwoną kreską, tak jak one przekreślają szczęśliwą dorosłość bejbisia. Tłumaczyć, rozmawiać, pokazywać… No i masz! Nie słucha, biegnie przed siebie, prosto pod samochód…

Kiedy kładzie się na przejściu dla pieszych, bo nie chce przed siebie, a w bok albo zawrócić, wpinam go w pasy wózka, ignorując protesty, a więc potrzeby, bo najaktualniejsza to właśnie poczuć niezależność, idąc środkiem drogi, na co niestety zgodzić się nie mogę. Ignoruję również zniecierpliwione spojrzenia kierowców, światło z zielonego zmieniające się na czerwone i rozszalałe klaksony wokół. Byle bez nerwów!

Nawet nie wiem, w którym momencie kapituluję. Gdzieś w połowie dnia zdaję sobie sprawę, jak bardzo jestem zagubiona między tradycją a współczesnością, miedzy teorią a praktyką. Między tym, jaka jestem a tym, jaka być powinnam. I mam ochotę krzyczeć pośrodku niczego, co jeszcze rano moim domem było: jak to się do cholery robi? Bez tych wszystkich nielegalnych wspomagaczy, kiedy maluch jeszcze nie potrafi czy też nie chce bawić się sam? Jak Wy to do cholery robicie bez puszczania bajek, dawania parówek, bez ojca, babci, z dzieckiem pomiędzy nogami, które ciągnie za nogawki spodni?

A może to ściema? W końcu ja też za nic bym się nie przyznała, że moje metody nie zawsze są skuteczne, a pielucha mojego syna wcale nie pachnie fiołkami. Ups… Ok, ja już się przyznawałam, ale ja to ja przecież…

Jeszcze nie dopuszczam do siebie tej myśli, jeszcze się nie poddaję, jeszcze próbuję z dzieckiem na rękach kroić mięso na obiad, ale kiedy wrzucam je na rozgrzaną patelnię (mięso, nie dziecko przecież!), a tłuszcz pryska nam w twarz, wołam: „Basta!”.

Bez żalu żegnam tę matkę we mnie, która obok idealnej nawet nie stała. Nie lubię jej. Zupełnie jest nieprawdziwa! Powstała na rzecz blogowej kreacji, ale ja jej tutaj wcale nie potrzebuję! A kysz!

Włączam więc z ulgą BabyTv, na tacce przed dzieckiem wysypuję chrupki, żeby buzię mu zatkać czymś równie apetycznym co pustym i – nareszcie! – w spokoju dokańczam obiad. Z mrożonki taki, bo jak długo żyję, trzydaniowego obiadu nie zrobiłam.

Życie to nie romantyczna komedia, chociaż piękniejsze potrafi być niż w filmie, bo emocje prawdziwe wyzwala. Jednak każda z nas boksuje się z nim jednakowo. Choć po swojemu. To po co tworzyć obraz matki idealnej? Żeby podbudować własne ego? Wpędzić innych w kompleksy? Zyskać miano eksperta???

To ja już lepiej zostanę sobą. I po swojemu łapać będę równowagę, nawet jeśli wszyscy wokół mieliby się w tym czasie łapać za głowę.

Bo – jak pokazała moja praktyka – ludzie idealni istnieją tylko i wyłącznie na papierze…

  • Solhem

    Dziękuję ci za ten post. Ponieważ od nie dawna zaczęłam czytanie i obserwowanie blogów i jako matka załamała się. Dotąd uważałam się za dobrą matkę wkładam w to dużo wysiłku i pracy. I jak zaczęłam czytać blogi to po prostu nie mogłam w to uwierzyć jestem do niczego w porównaniu z innymi rodzicami aczkolwiek rozum podpowiada mi ze gdybym sama pisała bloga pewnie też nie wspominała bym o niektórych kwestiach. Ale o wiele lepiej czyta się taki wpis niż „idealnej matki” po którym człowiek myśli ze jest najgorszym rodzicem świata. Pozdrawiam

    • Ja też dziękuję za miły komentarz!

      Wiesz, ja też w sumie rozumiem inne blogerki, bo pisanie o swoich niepowodzeniach to trochę jak wystawianie się na publiczny lincz ;). Całe szczęście jest kilka miejsc w sieci, gdzie można znaleźć AUTENTYCZNOŚĆ – i te Blogerki właśnie ja również cenię najbardziej!

  • Anka

    ” ludzie idealni istnieją tylko i wyłącznie na papierze?” dokładnie tak ! .

    Ja też często mam wyrzuty sumienia że nie jestem idealną matką dla mojego dziecka i zbyt mało czasu mu poświęcam , zwłaszcza ostatnio.

    Nie wiem czy sobie przypominasz (pewnie nie bo tu sporo ludzi się przewija ) Ale jakieś 3-4 miesiące temu napisałam pod jednym z Twoich postów komentarz w którym napisałam że opisujesz moje myśli :) Nadal to robisz
    Choć u mnie wiele się zmieniło w ostatnim czasie . Kiedy pisałam u Ciebie ostatnio moja córcia była dzieckiem 10 -miesięcznym z bardzo trudnym charakterem , napisałaś wtedy że u was ten okres 10 mies .był przełomowy i u mnie też powinno być lepiej , no i miałaś rację :)
    Julcia zaczęła wtedy raczkować ( wiem dosyć późno) i bardzo się zmieniła , stała się wesołym i uśmiechniętym dzieckiem , teraz już chodzi i jak wracam z pracy to idzie do mnie z wyciągniętym rączkami żeby się przytulić :) . Tak, tak wracam z pracy i to chyba największa zmiana , pracuję od 2 miesięcy . Mówiąc szczerze nie wyobrażałam sobie jakoś powrotu do pracy i rozstania z moim dzieckiem ,tym bardziej że akurat gdy miałam wracać moje dziecko zrobiło się takie „moje” , i jeszcze zostawienie dziecka z „obcą” kobietą . Istny horror ! Na szczęście tylko przez chwilę bo szybko się okazało że przede wszystkim Julka uwielbia swoją nianię i to z wzajemnością a ja w pewnym sensie odżyłam wracając do pracy , chociaż na wszystko brakuje mi czasu i mam notoryczne wyrzuty sumienia że spędzam zbyt mało czasu z moją córką , ale co zrobić takie życie . Za to czas po pracy jest czasem wyłącznie na zabawę aż do wieczornej kąpieli , dopiero później domowe obowiązki i tak do późna . A weekendy celeburujemy i cieszymy się z każdym wspólnie spędzonej chwili .
    Pozdrawiam

    • Super, bardzo się cieszę, że moje „przepowiednie” się sprawdziły ;)! U nas jest bardzo podobnie, dziecko w momencie, w którym stało się mobilne, zyskało jakąś taką radość życia. Cieszy się ze swojej niezależności, ale równocześnie bardzo zaczęło doceniać chwile, kiedy może przybiec i przytulić się do mamy. Każdego dnia jest ich coraz więcej, a mi po prostu serce rośnie!

      Bardzo podziwiam, że tak dzielnie udaje Ci się pogodzić macierzyństwo z pracą :).

  • true ann

    Ja jeszcze nie urodziłam, a już czuję presję. To straszne. Mam wrażenie, że tak jak w pracy ludzie ścigają się o wyższy stołek, tak nieraz między ciężarnymi i rodzicami panuje jakaś niezdrowa rywalizacja polegająca na prześciganiu się kto dłużej karmi, kto karmi bardziej eko, kto jest z dzieckiem bliżej, kto ma bardziej wypasiony zagraniczny wózek (polskie są ponoć be!) albo kto ma pokaźniejszą kolekcję chust. Ta rywalizacja przenosi się na dzieci- a moje waży tyle a tyle gramów, dostało tyle i tyle pkt Apgar i potrafi już zrobić to i tamto. Czytam to i mam ochotę krzyczeć, by zaraz potem wpaść w dołek, że nie będę dla mojej córeczki dobrą matką. Dobrze, że jest Twój blog. Dzięki niemu wiem, że najważniejszy jest dystans do tych wszystkich jedynie słusznych rad. Uff :)

    O tej całej rywalizacji i macierzyństwie bez lukru poczytałam także w tej książce http://lubimyczytac.pl/ksiazka/132813/macierzynstwo-non-fiction-relacja-z-przewrotu-domowego i nieźle się nieraz uśmiałam… :)

    • Jest dokładnie tak jak piszesz – niestety :(. Ja sobie z tego nie zdawałam sprawy w ciąży, więc cała ta rywalizacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Zwłaszcza ściganie się o bliskość to dzisiaj jakaś plaga, ale również o to, co dziecko potrafi, czy dosiada już rowerek biegowy, ile zna słów, ale również ile ma zębów! Jednak nie wszystkie mamy takie są! Te, które otaczają mnie w większości są całkiem spoko i nie ścigają się, a wręcz uspokajają, że na wszystko przyjdzie pora :).

      Polskie wózki są ok. Tzn. teraz z perspektywy czasu widzę, że każdy wózek ma wady (nawet te za pierdyliart złotych!), trzeba po prostu wybrać, które wady najmniej będą Tobie przeszkadzać, bo każda z nas ma inne potrzeby i jedna nie wyobraża sobie życia bez pompowanych kół, druga bez skrętnych przednich, trzecia bez rozbudowanej i osłaniającej przed wiatrem budy, a czwarta marzy o lekkim, bo mieszka na trzecim piętrze bez windy :). Kiedy wybierałam wózek, to żałowałam, że nie można złożyć swojego idealnego jak puzzle: z tego to, z tamtego tamto, trzeba po prostu brać mniejsze zło.

  • Genialny wpis! Najpierw ryczałam ze śmiechu a potem przyszła chwila reflaksji i ZŁOŚĆ no BO ja też zagladam na różne blogi i co widzę: ślicznego chłopczyka ciut, ciut starszego od pierworodnego ubranego od czubka głowy po duży palec w stopie w ciuszki od jakiś zagranicznych projektantów, których nazwy nawet wypowiedzieć nie potrafię. I ten chłopiec zawsze uśmiechnięty, w tych drogich i modnych ciuszkach ze smakiem pałaszuje obiad (i wcale a wcale się nie brudzi! i wszystko mu smakuje co matka nagotowała), a potem sam pięknie się bawi markowymi zabawkami – koniecznie z drewna! Bo plastik jest be :/ I on zawsze uśmiechnięty, i dom na zdjęciach lśni czystością i ja sobie myślę, żem matka beznadzieja bo u nas wieczny bałagan bo Młody lubuje się w wyciaganiu wszystkego z szuflad i szafek a ja sama nie mam jak posprzątać bo on wisi u mojej nogi albo z rykiem ręce do mnie wyciaga 500 razy dziennie. A potem gdzieś przypadkiem na innym blogu czytam wpis owej matki dziecka idealnego, że tak kolorowo nie jest, że dziecko też problemy stwarza – kurcze ale dlaczego nie napisze tego u siebie na blogu?! Tylko kreuje siebie na chodzący ideał dbajacy o rozwój emocjonalno-psychiczno-ruchowy dziecka niemal od pierwszego dnia narodzin?? No czemu?? Bo bańka by pękła? Bo fajnie jest stwarzać iluzję? Nie rozumiem tego. Dlatego lubię takie blogi jak Twój bo to się uczestniczy w życiu a nie w bajce ;)

    • Wiesz, ja miałam okazję poznać kilka blogerek i niektóre z nich są dokładnie takie jak na blogu (rozmawiając z nimi, masz wrażenie, że znasz je od wieków, bo one mówią dokładnie tak, jak piszą), ale bywa też tak, że to co na blogu jest czystą kreacją, a blogerka wymyśliła siebie lub swoje życie niemal od A do Z (lub w najlepszym przypadku: bardzo przekolorowała). Tego nie lubię :/. Wiadomo, odrobina fikcji takiej jak omiecenie domu przed zdjęciami, ubranie czystego sweterka dziecku, podmalowanie własnego oka zdarza się każdej z nas :), chociaż osobiście mi się czasami nie chce, dlatego pojawiam się w dresie lub bez makijażu (zwłaszcza na Insta). Każda matka ma lepsze i gorsze dni!

      Znam te wyciągnięte w moją stronę ręce – zawsze wtedy, kiedy akurat mam coś pilnego do zrobienia ;).

      • Oczywiście, że ogarniecie domu czy przebranie dziecka w czystą koszulkę to normalna sprawa, blog ma cieszyć oko i być estetyczny ale wiesz jak wszystko jest idealnie to jest sztuczne i człowiek z czasem to wyczuwa, potem się irytuje a w końcu przestaje zaglądać.

        • Widzisz, a ja mam właśnie wrażenie, że w te miejsca, w których jest iluzja rzeczywistości, czytelnicy wracają najchętniej…

  • jak dobrze się dowartościować z samego rana. Cieszę się, że nie tylko ja tak mam. Przywrcasz wiarę w prawo do bycia nieidealnym (albo nawet przeciętnym). Bo ja jestem taką przeciętniaczką w swoim mamowaniu. Pozdrawiam!

    • Super! To ja się cieszę, że mogłam poprawić humor!

  • Monika

    Od jakiegoś czasu jestem „gościem” na Twoim blogu, jednak nigdy jeszcze nie komentowałam żadnego posta. Ten post jednak zmusił mnie do refleksji. Odwiedzam lub raczej odwiedzałam inne blogi, które niepostrzeżenie (tak mniemam przynajmniej, iż nie było to celowe;)) przeobraziły się w blogi matek idealnych Rozumiem też, że raczej nie pokazałabym nieposprzątanego domu, niewyrzuconych śmieci, nieugotowanego obiadu, płaczącego, brudnego dziecka, ale czego się nie pokaże, można dopowiedzieć, a nie stwarzać i na zdjęciu i na blogowym „papierze”, że życie to owa bajka usłana samymi dobrymi momentami. Wiadomo, te dobre stara się człowiek pamiętać, ale i te gorsze pukają do drzwi, tylko właśnie – do czyich? Cieszę się, że prowadzisz tego bloga, nie kolorujesz i jesteś w tym blogowym świecie autentyczna. Pozdrowienia dla Kostka :*

  • Kasia A.

    a na jakim blogu pisza matki idealne? :) bo ja sie slabo w tym orientuje a chetnie bym poczytala i moze wziela przyklad :)

    wlasnie sobie wlaczylam laptopa i masz ci, dziecko sie obudzilo wiec zmykam :)

  • Magda

    Oj tak,niektóre blogi potrafia człowieka-matke zdołować.Na zdjęciach Mama w stroju codziennym takim jak mój na wielkie wyjście,dziecko też „wylansowane”leży slicznie sie bawiąc.A nie tak jak na zdjęciach moich urwisówpięciomiesięcznych-na każdym zdjęciu oślinione pyszczki a Matka w dresie.Dobrze więc poczytac takie wpisy jak twój.Kolejny raz sie nie zawiodłam.Dzięki

  • Trafiłam tu do Ciebie ostatnio i powiem Ci, że zostałam na dłużej, bo tak tu u Ciebie realnie i prawdziwie. Chyba nie umiałabym tak ubrać w słowa swoich myśli, jak Ty ubrałaś swoje. Widzę, że w komentarzach przelewają się opinie o idealnych matkach, które nie istnieją w realu. Też mam tak czasem, że jak się napatrzę na te piękne blogi, rzeczy, piękne stroje, cudne zabawki to aż się dosłownie gorzej czuję, bo człowiek też by tak chciał, tak idealnie. Ale potem sobie myślę, że po cholerę mi to! Pracuję na szczęście swoje i swojej rodziny po swojemu. Mogę ubrać dziecko w to co akurat mam pod ręką i ono i ja będziemy szczęśliwe. Mogę mieć nawet tanie zabawki, albo zrobione tu i teraz z głową i pomysłem i jesteśmy szczęśliwe. Rozpisałam się okrutnie i chyba zbaczam z tematu, więc kończę już!
    Pozdrawiam