Rodzic buldożer – mam nadzieję, że nim nie jesteś?

Rodzice dzisiaj zupełnie powariowali. Jeszcze nigdy w historii ludzkości nie byliśmy tak skupieni na własnych dzieciach. Kiedyś wystarczyło, żeby dziecko było przewinięte i najedzone. Teraz matka spędza z nim cały swój czas: bawi się, rozmawia, tłumaczy, uczy, a nawet śpi. I ja rozumiem, że większa świadomość, nawet jestem za tym, ale niektórzy to już naprawdę przeginają!

Wiesz, jak często dostaję wiadomości priv o treści: „Moje dziecko bierze udział w konkursie. Do wygrania jest czekolada, ale to bardzo dla niego ważne. Czy mogłabyś zagłosować na moje dziecko oraz poprosić swoje czytelniczki, żeby również oddały głos?”?

Niemal codziennie.

Codziennie też czytam na fejsie posty o treści: „Godzina 21. Właśnie skończyłam odrabiać lekcje z moją piątoklasistką i jestem wykończona! Kto to słyszał, tyle zadawać!”.

Dzisiaj również weszłam w małą polemikę z matką, która stwierdziła, że na nic nie ma czasu. Co prawda dzieci już same wracają ze szkoły i z grubsza zajmują się sobą, ale ona po pracy musi jeszcze: zrobić zakupy, ugotować, uprać i posprzątać, a potem odrobić zadania domowe, spakować plecaki i uszykować ubrania dla dzieci na następny dzień. Na to ja zapytałam, czy dzieci, które same potrafią przejść przez ulicę, nie potrafią się spakować oraz wybrać sobie ubrań? Na to odpowiedziały mi inne matki, że przecież nie, bo zrobią to źle.

Na to ja załamałam ręce.


CZEGO UCZY SIĘ DZIECKO?

Kiedy pracowałam jeszcze w szkole, bardzo często w drzwiach klasy pojawiali się rodzice z zagubionym zeszytem albo wytłumaczeniem, dlaczego dziecko nie ma zadania domowego.

Czego uczy się dziecko, którego mama przychodzi do nauczyciela i tłumaczy się za nie z nieprzeczytanej lektury? Że może zapominać, mama jakoś to załatwi.

Czego uczy się dziecko, którego matka na siebie bierze odpowiedzialność za dobrze spakowany plecak? Że nie musi go dobrze pakować, bo przecież mama zrobi to lepiej.

Czego uczy się dziecko, którego rodzic wybiera ubranie na następny dzień? Że nie potrafi się samo ubrać i zadbać o swoje sprawy.


RODZIC BULDOŻER

Mamy do czynienia z całkiem chyba nowym zjawiskiem, czyli rodzicami buldożerami. Pojęcie to nie pochodzi z żadnej fachowej literatury, bo takowej nie czytam :) stworzyłam je sama na podstawie obserwacji.

Rodzic buldożer to taki trochę rodzic helikopter, tylko ma starsze dzieci. To ten typ, który – zanim wypuści dziecko w świat – najpierw sam musi wyjechać i posprzątać. Oczyścić teren. Usunąć każdą przeszkodę spod nóg dziecka, żeby przypadkiem się nie potknęło. A potem krąży wokół niego i osłania.

To ten typ, któremu na sprawach dziecka zależy bardziej niż temu dziecku. Więc odrabia lekcje i sam bierze udział w konkursach. Maluje farbkami układ słoneczny z wyciągniętym językiem, klei projekty, żeby zdobyć pierwszą nagrodę, a potem pisze wypracowania i czyta na głos lektury przed snem swojemu gimnazjaliście. Na końcu decyduje, które spodnie są bardziej odpowiednie i co rano w pocie czoła pakuje plecak, bo przecież dziecko nie potrafi!

No jasne, że nie potrafi, bo kiedy miało się tego nauczyć?


MOŻE JA CZEGOŚ NIE ROZUMIEM?

Może ja czegoś nie rozumiem, ale kurczę, to jest tak, że jak ktoś bierze odpowiedzialność za mój projekt i robi go za mnie, to mi nie zależy na wynikach, bo to nie jest już moja praca, tylko tego ktosia.

Może ja czegoś nie rozumiem albo wyrodną matką jestem jak na dzisiejsze standardy, ale mój syn ma pięć lat i ubiera się sam. Jeśli nie wie, w co się ubrać, to pyta. Jeśli ubierze się źle, to zmarznie i następnym razem pamięta, żeby wciągnąć rajstopki. Albo właśnie zapytać, czy są potrzebne?

Kiedy wraca z przedszkola i mówi, że kolega wyrzucił mu czapkę przez płot na drzewo, to ja nie wkraczam na teren przedszkola jak buldożer i od razu z ryjem do nauczycielki, gdzie w tym czasie była, tylko pytam syna, jak sobie z tą sytuacją poradził?

A jeśli okazuje się, że sobie nie poradził i ta czapka ciągle na tym drzewie jest, to nie rozwiązuję problemu za niego, tylko rozmawiamy, co może w tej sytuacji zrobić. Że trzeba iść do pani. Zwrócić uwagę koledze. Poprosić woźnego, który na pewno ma drabinę. On, nie ja, bo to jego, a nie moja sprawa.

Dla mnie najważniejsze jest, żeby umiał sobie radzić w przeróżnych trudnych sytuacjach. Sam, bo przecież nie zawsze będę przy nim.

I jak nie odrobi zadania domowego, to nie będę się za niego tłumaczyć.
Jak zapomni zielonej kredki do szkoły, to ja mu jej nie przyniosę na przerwie.
Jeśli będzie chciał wziąć udział w konkursie, to niech bierze, żeby się czegoś nauczyć, a nie za wszelką cenę wygrać, mama to załatwi, bo przegranej dziecko nie przeżyje.


WAŻNE PYTANIE NA KONIEC

Teraz zadam pytanie, które może ci się wydać od czapy, ale za moment zrozumiesz, po co tutaj jest: czy zmieniałbyś coś w swoim życiu? Wyobraź sobie, że zjawia się przed tobą wróżka z kuszącą propozycją, że pomoże ci się przenieść w czasie, żebyś mogła od jakiegoś miejsca zacząć wszystko od nowa – skorzystałabyś?

Bo ja nie.

Nie, wcale nie dlatego, że moje życie to pokój wyściełany różowym pluszem, zero bolesnych upadków. Ale to dzięki błędom nauczyłam się podejmować mądre decyzje. Gdyby nie one, nie byłabym tu, gdzie jestem.

Bo my się uczymy na błędach, nie inaczej. To ciężkie doświadczenie, ale potrzebne. Nie tylko tobie, również twoim dzieciom.


Uważasz, że temat jest ważny? Podaj go dalej!


Dziękuję, że jesteś ze mną!
(7 882 odwiedzin wpisu)
Subscribe
Powiadom o
guest
34 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Ania

Bardzo dobry tekst i trudny temat. Wydaje mi się że dzisiejsi rodzice nie zdają sobie sprawy z tego jaką krzywdę robią swoim dzieciom. Dziś rozmawiałam z kolegą który ma syna w piątek klasie i cały czas robi za niego lekcje. Bo jak to stwierdził młody sobie nie poradzi… Ja według niego jestem wyrosną bo uważam że ja swoje lekcje już odrabiałam. Pomoc pomogę ale nie zrobię wszystkiego za dziecko. Mój syn mówi nam o swoich problemach i razem szukamy na nie rozwiązania. Ale zastosować musi je sam. W skrajnych wypadkach może na nas liczyć ale takich jest coraz mniej. Duma z jaką wraca że szkoły po tym jak sobie z czym poradził jest warta wszystkiego ?

Balbina

Dlatego moja trzylatka ubiera się z reguły sama… Dlatego nie ogarniam kamieni kiedy biegnie tylko mówię patrz pod nogi… Dlatego mówię maluj sama… Dlatego… Dużo tych dlatego…

Anonim

Mój trzylatek dopiero zaczął sam się ubierać. Serio, to mina wina … Dlaczego? A bo go wyręczałam. Myśląc, że robię dobrze sama go krzywdziłam. Pewnego razu wkurzona sama na siebie doszłam do tego… nie jest mi wstyd, bo nauczyłam się na własnym błędzie. Dzieciak złapał to w mig. Staje się bardziej samodzielny. Pyta, kiedy ma problem w przedszkolu np: Amelka, bardzo płacze za mamą. Co mam zrobić, bo jest mi jej żal. Wspólnie zastanowiliśmy się co chciałby żeby ktoś zrobił kiedy on płacze i tęskni. Następnego dnia Pani powiedziała, ze przytulił Amelkę i powiedział jej ? zbudujmy tira z lego, szybciej minie nam czas i jak skończymy przyjdzie twoja mama? Popełniam błędy, uczę się i wyciągam wnioski. Jednak jestem dumna z siebie, bo potrawie to dostrzec.

Karolina

Piękne to co zrobił! Możesz być mega dumna bo jak dziś obserwuje dzieci to większość nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa niestety :(

Adriana

Nic dodać nic ująć ? wrzucam linka dalej w świat niech się te „buldozery ” nauczą ?

jerzy

Dopiero w czwartej klasie?! Czyli w wieku 10 – 11 lat SAMA do takich wniosków doszłas? Mylę, że to jest jakie 10 czy 15 lat szybciej niż przeciętna osoba, w tym ja. Gdybym miał taka możliwosc to pewnie i teraz w pracy chętnie bym wykorzystywał udawanie pierdoły :)

Kasia

Taka nasza rzeczywistość… Matki z jezorem wywalonym, a dzieciak ma wszystko w pompie!!!! Ja tylko mam takie malutkie stwierdzenie, że po części w takie zachowania wpedzaja nas dziadkowie, jak trafia na podatny grunt (mój kiedyś taki był), dlaczego nie dałaś jej tego picia, a teraz za chłodne, a teraz ja trzymaj bo się uderzy, a jak możesz oglądać swój serial włącz bajkę dziecku… Dobrze, że miałam super kumpele, które mnie wyciągnęły szybko z poczucia winy, że nie pomyślałam o WSZYSTKIM!!!

Iza

Bardzo ważny temat… Sama nieomal wpadłam w tą pułapkę w te sidła, mimo że nie pracuje zawodowo, to w domu tyle roboty ze nie mam czasu kawy wypić i skorzystać kurde z toalety, to jeszcze córka lekcje, jakiś konkurs wierszyk na ślubowanie 1kl, mamo zrób kredki z brystolu ma dekoracje bo inne mamy nie mogą, mamo Pani powiedziała że jak wierszyka się nie nauczę to odpadam(pomimo że dała go w poniedziałek), a ja kurde zapomniałam o nim. No Kaman paranoja… Młodsza jeszcze goraczkuje a Ty skaczesz latasz nad małymi… A no jeszcze mamo sprawdź czy wszystkie lekcje zrobiłam, bo się boję, że nie! Co o 22!? Śpij kochanie, kurde żeby 7latek się po nocy zamartwial lekcjami??? Już te dzieciaki małe wpadly w ten popier…jakich chory mechanizm, wszystko perfecto i wydmuchane. Masakra ?

Kamila

Zajebisty tekst !
Mam identyczne zdanie ?

Agita

Jako dziecko, pamietam, zazdrościłam koleżankom I kolegom ze szkoły, że ich rodzice sie tak angażują: a to przybiegali wykłócać się za ich złe oceny, brali ich stronę w różnych sporach, donosili im brakujace śniadania… ja w 99% słyszałam od mamy że to są moje sprawy… moja szkoła I jak sobie nawarzyłam piwa to mam je wypić, oczywiście adekwatnie do wieku. Dzisiaj już rozumiem dlaczego tak robiła I dziekuje jej za to z całego serca. I obym sama nigdy nie stala sie mamą- buldożerem, nie uległa tej modzie aby żyć za dziecko już od najmłodszych lat.:) pozdrawiam

Karolina

Mój syn ma dziś 3 miesiące, ja sama mam lat 24 i dobrze pamietam jak w takich sytuacjach jakie opisujesz postępowali moi rodzice. I z tego miejsca stwierdzam, że robili super robotę, którą dostrzegam teraz a będę widzieć jeszcze bardziej kiedy pośle moje dziecko do przedszkola/szkoły. I pamietam, ze byłam na nich zła bo koleżanki miały dobrane komplety ubrań, plecaki spakowane tak ze nic by ich nie zaskoczyło i prace domowe zrobione perfekcyjnie. A ja musiałam radzić sobie sama. Oczywiście zawsze mogłam zapytać i poprosic o pomoc, ale nikt sie nie pchał żeby robić cos za mnie. Jestem wdzięczna rodzicom bo dziś żyje w pełni samodzielnie świadoma tego ze dam sobie radę ze wszystkim :)

Joanna

Moja córka w tym roku poszła do 1 klasy. Lekcje na barbarzyńska godzinę 7:45, trudno się wyrobić – poranna masakra. Po ciągłym pospieszaniu, przypominaniu i moim wnerwie w końcu powiedziałam, ze to nie ja się będę musiała ze spóźnienia tłumaczyć i to jej sprawa. Powiedziałam,ze ja do wyjścia o czasie gotowa będę,a czy ona bedzie,to nie moja broszka i wyjdziemy, kiedy juz zrobi wszystko. Nagle zaczęło dziecku zależeć, pilnuje czasu i się stara. Nie jest przygłupem tylkodlatego, ze ma dopiero 7 lat. Dzieci potrafią wszystko zrozumieć, trzeba im dać szanse i wolność.

Mommy_olili

Świetny tekst dzięki niemu zdałam sobie sprawę że jestem pół buldozerem bo np Oliwia łapie się sama wybiera i ubiera w pidzamke też Ale ubrania do przedszkola szykuje już ja ?

Ewka

Krótko – BRAWO!

Ola

I właśnie dzieci takich buldożerów wyrastają potem na osoby, którym „wszystko się należy”. Są leniwe, w pracy udają, że coś robią, że ciężko pracują, a tymczasem cedują swoje zadania na innych (często sprytnie, właśnie „bo ja nie wiem jak to zrobić, a ty robiłeś już coś podobnego”). Dla takich ludzi nie istnieje porażka, sukces ma gonić sukces, zwłaszcza na koncie bankowym. Robić tak, by się nie narobić, ale żeby kasa się zgadzała. Generalnie tak wychowane dzieci wyrastają na cwaniaków. Może i potrafią sobie w życiu poradzić, ale tylko dlatego, że wykorzystują do swoich celów innych, manipulują innymi, często w niewinny sposób, z uśmieszkiem, miną niewiniątka. I sami potem mając potomstwo przekazują im taką postawę… Straszne i przykre, ale prawdziwe…
Pozdrawiam Ilonko, super tekst!! Wart przemyśleń.

Monika

bawią mnie komentarze pod takimi tekstami, że tak, że masz rację, że źle robią Ci wszyscy rodzice, tylko cholera kto jest tymi rodzicami skoro wszyscy czytelnicy się z Tobą zgadzają :)?
mój pięciolatek sam się nie ubiera w dom, bo mu się nie chce, a mi też się nie chce czekać aż mu się zachce, wie że bez mamy musi to zrobić sam i to robi :p aczkolwiek nie do końca się zgadzam, że jak zmarznie to założy rajtki następnym razem bo nie założy :) tak samo jak nie raz uderzy się skacząc z kanapy że beczy po czym wskakuje na nią i dalej skacze… :) dzieci słabo uczą się na błędach, zresztą dorośli też, nie raz musimy jeden popełnić wielokrotnie a i tak nie mamy pewności, że czegoś się przez niego nauczyliśmy. ale to nic, pozwólmy im nadal popełniać błędy. pozwólmy być dziećmi, pomagajmy, jak zachodzi potrzeba wyręczajmy, bądźmy blisko ale nie za blisko :) takie to niby proste a jednak takie trudne. ach ale mnie filozof dzisiaj.

Kasia

Tak mi się w temacie przypomniało. Mój nigdy nie założy rajstopek choć już zmarzł tysiące razy. I chodzi bez :)) nie jest to dla niego tak istotne jak go trochę przechodzi :)

e-milka

Właśnie buldożerem nie, raczej wyrodną matka. Owszem, jeśli frustracja osiąga zenit i przez pokój zaczynają latać zeszyty, zapytam, czy pomoc i spróbuję wytłumaczyć. Owszem, podpowiem, jak efektywnie się uczyć, bo ja ten temat poznałam dopiero jako pozna nastolatka, mnie rodzice bardzo wcześnie oddelegowani do samodzielnego korzystania ze słowników i encyklopedii. Owszem, zrzucę appke, jeśli uważam, że jest pomocna, ale… Nic tak nie nauczy Jasia, niż konsekwencje własnego zapominalstwa. Dostałam w życiu bardzo niewiele pal, każdą pamiętam. Dlatego, kiedy na grupie córki (6 klasa!) pojawił się wątek „centralnego” informowania o pracach domowych, byłam przeciwna, w końcu kiedy dzieci mają przejąć odpowiedzialność? Z resztą znam też dzieci tak wychowywane (zjawisko jest starsze, choć nie było tak powszechne) i jako dorośli maja często problemy z organizacja. Pewnie, że dziecko rzadko zrobi coś idealnie, ale halo, właśnie o to chodzi w życiu – zrobione jest lepsze od idealnego, ale nie wykonanego, są deadline’y, są błędy i w końcu są też porażki, takie jest „normalne” życie.

Hania

Artykuł jak najbardziej trafny. Im starsze mam dziecko, tym trudniejsze napotykamy sytuacje, może tu ktoś podpowie z własnego doświadczenia… Synek ma trzy lata, jest jak na swój wiek bardzo wysoki i do tego dość pulchny, generalnie sprawia wrażenie starszego, czasami na placach zabaw zagadują go starsze dzieci sądząc że jest w ich wieku, a że on nie zawsze rozumie o co im chodzi, to też od razu biorą go za głupszego, widzą jego nieśmiałość i niepewność zaczynają czasami zachowywać się niezbyt grzecznie, dokuczać… Rodzice takich dzieci z zasady nie ingerują… A ja widzę już jego jakiś lęk i mnie to wkurza… Zwracacie uwagę takim dzieciakom w obecności ich rodziców? My generalnie wychowujemy dzieci w atmosferze miłości i akceptacji… Sami mamy niepełnosprawną córeczkę i synek dobrze rozumie to że każdy jest inny i każdemu należy się szacunek itd. On bardzo dobrze traktuje wszystkich w otoczeniu, a jeśli nawet zrobi coś nie tak to od razu bierzemy go na bok i tłumaczymy… Jest bardzo wrażliwym dzieckiem, jeszcze nie chodzi do przedszkola więc jest nieśmiały…

Hania

Dzięki za podpowiedź :-) dla mnie to są nowe sytuacje, czasami ciężko się odnaleźć, z jednej strony nie chcę żeby synek był szykanowany, żeby umiał się obronić i postawić, z drugiej strony uwielbiam go właśnie za tą skromność i pokorę, za to że się nie kłóci. Warto na pewno tłumaczyć i rozmawiać, bo przecież dla niego to też nowa sytuacja… Dziękuję :-)

Nat

To nie jest tylko problem współczesnych rodziców. Wielu jest trzydziestolatkow i dwudziestoparolatkow, którzy są kompletnie niesamodzielni, a rodzice dalej za nich załatwiają wszelkie sprawy. W głowie się nie mieści, ale miałam styczność z sytuacjami, w których na rozmowę kwalifikacyjną przychodził 25 letni syn z ojcem i to ojciec rozmawiał i odpowiadał na pytania.

e-milka

Zgrabnie to zformulowalas – „żyje za dziecko”. Co gorsza, to już naprawdę zaczyna się bardzo wcześnie – maluchy odwraca się na brzuchy i podaje zabawki, żeby się nie męczyły (pomysł rodzicow jedynaków – „reagujemy na każde stekniecie, żeby dziecko nie musiało płakać – nasze dziecko nigdy nie płacze, bo nie musi”). Potem sadzanie dziecka za wcześnie („bo on już taki mądry, a na leżąco się nudzi”) i „uczenie” chodzenia, co wszystko rezultuje wcale nie szybszym rozwojem, a wyuczoną bezradnością. I mówię to ja, mama hajnidka, u której stekniecia przeradzaly się często w nieutulony płacz, chociaż nie pamiętam, by córka płakała, ćwicząc odwracanie na brzuch, czy podciąganie do pionu – przeciwnie, ćwiczyła do oporu, aż inne mam podejrzewały mnie o podawanie „dopingu”. Pamiętam tekst przyjaciółki (na szczęście „znormalniala” pozniej) o swojej córce „bo jakby dostała katarku, to bym sobie nie darowała” i tekst pewnej babci (przy pierwszej wnuczce) „bo jakby się ukłuła widelcem że zmywarki, to co by było” i moja spontaniczna, choć nie wypowiedziana reakcja „G…wno by było, przeżyłoby”. Pewnie, że też najchętniej nie dopuściłabym do żadnych porażek i nieszczęść, ale to se ne da panie Havranek. Niestety, żyje w kraju, w którym nie wolno robić błędów, więc często idę pod prąd z moimi poglądami, i to chyba jedyna cecha (porażki jako część życiorysu, choć i tu oczywiście te przezwyciezone) , której zazdroszczę Amerykanom.

Ola

Czyli to nie ja jestem wyrodną matka, a poprostu mój mąż ma zadatki na buldożera:) To on chodzi za synem i co chwile mówi „bo sie przewrocisz, nie dotykaj, uważaj”. Ja znowu „jak sie przewróci to sie nauczy”:) Często się już śmieje do syna, że koniec luzu bo idziemy z tata:P

Kasia

Zgadzam się!!! Niczego nie robie za syna. Jest obecnie w 2 klasie. Nie sprawdzam tez jakie są zadania domowe – w naszej szkole wpisują je zawsze w dzienniku elektronicznym(i rodzice to nerwowo przeglądają kilka razy na dzień czy czegoś nie przeoczyli!). Pytam zawsze syna co było zadane i czy zrobił. Zdarza się, że czegoś zapomni, ale dla mnie jest ważniejsze, że uczy się o tym pamiętać. Jako jedyna z klasy nie noszę również plecaka po lekcjach za dziecko. Jeżeli coś napisze krzywo czy błędnie i nie chce mu się poprawiać (bywa i tak), zostawiam. Niech dostanie gorsza ocene, a adekwatna do JEGO umiejetnosci. Niestety jestem w mniejszości. Dzisiaj rodzice mają jakąś obsesję a dla mnie to są po prostu ich nie spełnione ambicje tez po trochu…

Anonim

W naszej rodzinie jest podobnie – siostry siedzą co wieczór ze swoimi córkami (5,6,7 klasa) odrabiają lekcje, kleją za nich plakaty, czytają im na głos lektury(?!), motywują je przez porównywanie do innych koleżanek, kuzynek.A kiedy jedna z dziewczynek wspomina,że marzy o szkole pożarniczej w Warszawie od swojej mamy (!!) słyszy – „daj sobie spokój, nie dasz rady”. Sama mam 3 dzieci dwójkę przed 2. urodzinami, i 6 – letnią córkę, która w tym roku poszła do „0”. codziennie ok 16 powinna wyjąć zbędne rzeczy z plecaka (np. pusty pojemnik po kanapkach czy pusta butelka, jakieś papierki etc.) i zapakować to co Pani kazała przynieść. Na teksty typu, ale ja nie wiem, nie pamiętam co to miało być, odpowiadam, że powinna w spokoju i ciszy usiąść i prześledzić w pamięci co było w szkole, zwłaszcza co pani mówiła przed wyjściem z sali, bo ja jej nie pomogę, bo to ona chodzi do szkoły, musi się nauczyć słuchać, uważać i zapamiętywać. Oczywiście jeśli wcześniej powiedziała mi co ma wziąć, staram się delikatnie ją nakierować, lekko podpowiedzieć, np. sugerując żeby dokładnie przypomniała sobie jakie prace robili dziś na zajęciach – bo skończył jej się klej. Po spakowaniu plecaka ma na rano przygotować sobie ubrania – zazwyczaj pyta albo o konkretna rzecz, czy ta może być czy nie będzie jej za zimno, albo w prost pyta co ubrać – wtedy odpowiadam ogólnie, rajstopki,ciepłe spodnie etc, sama wybiera co dokładnie + spinki i szczotkę do włosów, żeby rano nie szukać. Ponadto kiedy, np. słyszę,że ona nie może, nie umie czegoś zrobić, np. złożyć kocyka itd – z uporem maniaka powtarzam „potrafisz, spróbuj go rozłożyć i złożyć jeszcze raz, dasz rade”.Od moich sióstr, które ostatnio były tego świadkami usłyszałam „jak bardzo im żal mojej córeczki. Przecież ona ma tu rygor gorzej jak w wojsku”. Pomijając fakt, że mała dość chętnie wypełnia te obowiązki, bo wtedy czuje się ważna, i bardzo „dorosła”, czy ja naprawdę przesadzam wymagając nieco samodzielności w tak podstawowych sprawach? Ja uważam,że należy żałować raczej wyżej wspomniane starsze dziewczynki, które chciały by się już usamodzielnić, wykazać się samorealizować, ale nie maja takiej możliwości przez nadgorliwych rodziców, którzy najpierw każą im zapisywać się na masę zajęć pozalekcyjnych, potem narzekają że przez próby dzieci po nocach odrabiają lekcje… Rozumiem wiele rzeczy, ale gdzie w tym wszystkim czas i miejsce na samorealizację, spełnianie swoich marzeń, zainteresowań, spotkania z rówieśnikami, przeżywanie dzieciństwa – wszystko to im odebrano w imię ambicji rodziców.

Kornelia

Ja jestem dzieckiem takiej mamy ?buldożerki?. W tym roku kończę 18 lat i dzięki chłopakowi zaczęłam widzieć, jaka jestem nieporadna, bo zawsze wyręczała mnie mama, że nie umiem sama czegoś ugotować, wyprasować i nie umiem sobie ułożyć własnego harmonogramu. Jestem w drugiej klasie liceum a moja mama decyduje kiedy mogę wyjść (czyli wtedy kiedy według niej się czegoś nauczyłam). Pakuje mnie tez do szkoły, śledzi co 10min czy jestem na danej lekcji, mówi mi czego mam się uczyć w danym momencie, kiedy mam wracać od chłopaka się uczyć i zna wszystkie moje oceny, a gorzej jak wpadnie jakaś dwójka, wtedy zepsułam jej cały dzień, ją boli głowa a ja się do tego wszystkiego przyczyniłam. Sama nie umie się przyznać do jakiegoś błędu a kiedy zwracam jej uwagę ma do mnie pretensje za kogą ją mam, bo przecież nie jestem jej koleżanką, żebym zwracała jej uwagę. Mówię jej co mi się niepodoba i żeby zmieniła swoje zachowanie czy nad czymś przemyślała ale ona jakby tego nie przyjmuje do siebie. Nie wiem już co robić, mój chłopak nie chce widzieć moich rodziców a ja unikam domu, bo jedyne tematy to szkoła, nauka czy pretensje.