Mum and the city

Zostawiłam dziecko w sklepie

6 czerwca 2017

DSC_0306

Taki tam sobie zwykły wpisik na Facebooku. O tym, jak w jednym z polskich salonów meblowych 15 minut przed zamknięciem Basia zasnęła nam w wózku, więc zaparkowaliśmy go w rogu sklepu, żeby miała półmrok i żeby nie obudziły jej przypadkiem nasze kłótnie o to, czy kanapa w kolorze żółtym, czy jedynym właściwym, a mianowicie szarym.

Salon nie był Ikeą, więc świecił pustkami. Byliśmy w nim jedynymi klientami. Nie był Ikeą, więc nie był też przesadnie duży – ogólnie z każdego kąta widzieliśmy naszą córkę.

W pewnym momencie jednak sprzedawczyni zapytała:

– A nie boją się państwo tak zostawiać dziecko?
– Nie – mąż tylko machnął ręką – wie pani? To nasze drugie!

Taki tam żarcik w stylu tego, że pierwsze dziecko pije wodę przegotowaną, drugie kranówę, a trzecie z kałuży. No ale Polska to nie miejsce na żarty.

TUTAJ ULICAMI MIASTA JEŹDZI CZARNA WOŁGA, KTÓRA PORYWA MAŁE DZIECI!

A 99% ludzi to przestępcy, którzy tylko czekają, żeby cię pobić, okraść i porwać twoje dziecko. W ciągu kilku minut moja tablica zaroiła się od jeżących włos na głowie opowieści, jak łąka na wiosnę roi się od latających pszczół.

Tylko że nie Pszczółka Maja z Guciem była główną bohaterką tych historii, a… Porywacze! Jeśli chodzi o nich, nie znasz dnia ani godziny! Znajomy znajomej kilku czytelniczek opowiadał na przykład o porwanej dziewczynce, którą potem ochrona znalazła w łazience centrum handlowego z obciętymi włosami i przebraną za chłopca. Co ciekawe: historia ta rozegrała się równolegle w Białymstoku, Warszawie, w Tesco i Auchan, jak również w Niemczech i Stanach Zjednoczonych. To musiała być zorganizowana szajka, nie tam, że zwykła plotka!

Na drugim miejscu byli obcokrajowcy, którzy zawsze mają złe zamiary.

Na trzecim wariaci wyciągający dzieci z wózków i uderzający ich główkami o posadzkę, zanim matka w ogóle zdąży dobiec. Podobno chora psychicznie kobieta, która tak właśnie robiła w latach 80, wyszła właśnie zza kratek (pomijam fakt, że chorzy psychicznie nie siedzą w więzieniu, tylko w szpitalu ;)). No ale lepiej uważać!

Na czwartym oczywiście samograj, czyli pedofile. A na piątym – handlarze ludzkimi organami. Gdy w grę wchodzi dziecięca nerka lub serduszko, które na czarnym rynku kosztuje krocie – kidnaper dla pieniędzy jest gotowy wyrwać dziecko z rąk matki! Ani na milimetr! Nie można odejść od wózka! Znane są historie, gdy matka obróciła się na bazarku, żeby wybrać marchewkę, a dziecka już nie było!

Ogólnie czułam się, jakbym stała przed kioskiem i pośpiesznie przeglądała tytuły prasowe na wystawie. Tu fakt, tam superak, a pomiędzy tym wszystkim facet dla rozrywki, który nie śpi, bo trzyma kredens.

ZAUFANIE SPOŁECZNE JEST ZEROWE

Za to strach – ogromny. Bardziej niż w drugiego człowieka wierzymy w plotkę. Oczywiście, winni są przede wszystkim dziennikarze, którzy uśmiercają znanych i nieznanych na potęgę, żeby podnieść zasięgi zniczami w komentarzach i sprzedać swojego szmatławca, którego tak po prawdzie – bez trupa na pierwszej stronie – nikt by nie kupił, bo cycki Dody i majtki Kim Kardashian to można sobie na spokojnie obejrzeć w internecie.

I choć w normalnym świecie częściej spotykamy się z oznakami życzliwości od obcych ludzi, to jednak kiedy czytamy takie newsy z dupy, zaczynamy wierzyć, że właśnie tak wygląda nasz kraj. Jak we wiadomościach na jedynce. Stąd już bliski krok do popadania w zwykłą paranoję, bo tam – na tej jedynce! – to tylko przestępstwa, zamachy i źli Muzułmanie wespół z jeszcze gorszym Tuskiem, złodziejem.

Nie uwierzysz, jak niezliczoną ilość wiadomości prywatnych otrzymałam w ten jeden dzień. „Cześć, jestem mamą trzynastolatka. Tak bardzo się o niego boję, że nie pozwalam mu odejść na trzy metry od siebie. Nie tracę go z oczu” i „wszędzie się słyszy o pedofilach! Moja córka ma naście lat, a i tak nie wypuszczam jej nawet do sklepu”. Pisałyście też, że dziecko w przydomowym ogródku to już skrajna nieodpowiedzialność, bo nigdy nie wiadomo, kto będzie szedł ulicą i co mu wpadnie do głowy. Tak jak zauważyła jedna z czytelniczek, jeszcze niedawno, kiedy nasze matki stały w kolejce, to sąsiadki miały zerkać na dziecko, a dzisiaj boimy się, że ci sami sąsiedzi buchną nam malca z trawnika.

I tak sobie myślę, że nie wiem, komu bardziej współczuję: tym matkom przerażonym, a przewrażliwionym czy jednak ich dzieciom?

ZAMYKAMY SIĘ POTEM W TWIERDZY

Zamykamy się na naszych gładkich, strzeżonych osiedlach z tujami zamiast drzew, a dzieci zawozimy pod same drzwi prywatnej szkoły, najlepiej na boisko, a jeszcze lepiej – do klasy za rękę, na krzesełku posadzić i po skończonych lekcjach z tego krzesełka odebrać.

Ja pracowałam w szkole i pamiętam, jak nie dało się rodzicom przetłumaczyć, że dużo bezpieczniej by było, gdyby te dzieci same zajmowały miejsca w ławkach. Bo kiedy rodzice tłumnie kręcą się po korytarzach, to woźny nigdy nie wyłapie, czy to jest swój czy ktoś obcy jednak.

Ja pracowałam w szkole i jak dziś pamiętam przemówienie na koniec roku szkolnego przewodniczącej trójki klasowej. Mówiła wtedy rzeczy dla mnie niezrozumiałe, a mianowicie: „wyjdźcie na dwór”. Do dzieci mówiła. Żeby wyszły. Żeby te wakacje nie przed komputerem, a z piłką spędzić. Równocześnie ta sama przewodnicząca jako matka nie pozwalała swojej córce (lat czternaście, gimnazjum) wychodzić ze szkoły po skończonych lekcjach, chociaż mieszkały dokładnie na przeciwko boiska. Dziecko nastolatka miała czekać w świetlicy na jej powrót z pracy.

To jak ona ma potem wyjść na dwór, skoro od małego przekazywano jej, że tam – za oknem – jest źle i niebezpiecznie? Że tylko czyhają na jej nerkę? Nie lepiej odpalić grę?

Dla nas lepiej. Jesteśmy dzięki temu spokojne, bo cały czas mamy dzieci na oku. Ale czy na pewno lepiej dla nich?

DZIECI O ŚWIECIE WIEDZĄ TYLE, ILE IM POKAŻESZ

Jedna z was napisała, że się boi, bo jej dzieci „ciągle są zaczepiane!”. Moje też. Zawsze wtedy chwytam je za rękę i przyciągam do siebie. Jestem ostrożna i w krótkiej rozmowie staram się wybadać zamiary, równocześnie rozglądając się wokół, czy aby na pewno nie jestem sama z tymi dziećmi i zaczepiającym na ulicy? Czy jest kogo zawołać, gdzie uciec? Po kilku zdaniach zazwyczaj okazuje się, że ten staruszek, co tak do nas na przystanku zagaduje, to ma wnuki w podobnym wieku. Albo nie ma nikogo, a bardzo chciałby z kimś pogadać.

I wtedy zwyczajnie mi głupio, że rozmowę – zamiast uśmiechem – rozpoczęłam nerwowym podpatrywaniem z byka. Ostrożność ostrożnością, ja rozumiem, że nie rozmawiać z nieznajomymi, ale chyba jakoś za mocno się na tym naszym strachu przed światem skupiliśmy. A to jest tak, że dzieci o świecie wiedzą tyle, ile im pokażesz.

I jeśli my pokażemy tym naszym dzieciom, że ludziom nie można ufać, każdy obcy jest z gruntu zły, a jak cudzoziemiec, to już na bank porywacz lub gwałciciel – no to ja tego świata nie widzę za lat dwadzieścia.


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? UWAŻASZ, ŻE JESZCZE KOMUŚ MOŻE SIĘ PRZYDAĆ? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • Kasia A.

    ja sie spotykam z podobnymi komentarzami – gdy zostawiam syna lat 7 samego w domu i jade odebrać młodszego od babci (nie ma mnie około pol godziny do godziny).
    przecież ktoś może wtargnąć do mieszkania i go porwać! przecież może wyskoczyć oknem! ludzie!! nie dajmy sie zwariować :)
    ja pamiętam z 1 klasy wracałam sama do domu, odbierałam klucze od mamy i jeszcze wstawiałam ziemniaki na obiad (tak, mogłam spowodować wybuch w mieszkaniu przez odkręcenie gazu!).

    • Nie? Ja pamiętam, że jak mieliśmy 7 lat, to wszyscy sami wracaliśmy ze szkoły do domu. Rodzice pracowali, zresztą byliśmy zbyt duzi, żeby nas jeszcze prowadzać za rękę. Co prawda mieszkałam w małej mieścinie, ale w podobnej małej mieścinie pracowałam w szkole i tam 10-latek prowadzony za rękę do szkoły i odbierany spod samych drzwi klasy to jest norma.

      Natomiast ja w wieku 10 lat czekałam w domu na powrót rodziców z pracy i również miałam za zadanie dokończyć obiad.

      Oczywiście, zachowanie rodziców oceniam teraz jako skrajną nieodpowiedzialność, ale… Nikomu nic się nigdy nie stało. Wszyscy żyjemy, mamy się dobrze. Czyżby czasy aż tak się zmieniły, ludzie tak zdziczeli, że naprawdę nie można teraz siedmiolatka spuszczać z oka?

      • e-milka

        Potwierdzam – porwania zdarzyly sie tez tutaj, w Niemczech, w znanej sieciowce odziezowej. A ten, ktory mi to opowiadal niemal znal sasiada przyjaciela zony tego brata, bo to byla jego pasierbica. ;)
        Nie uwierzysz – nie dalej jak dwa tygodnie temu puscilam Duza (9 lat) do Lidla. Poza polem widzenia, jakis kilometr od domu i przez ruchliwa ulice z pasami, ale bez swiatel. Gorzej – nie moglam jej sledzic tym razem, bo naprawde potrzebowalam tych zapomnianych jajek, a goscie juz byli w drodze. Najgorzej – Maly sie uparl, ze idzie z nia. Nie uwierzysz – wrocili z jajkami, wafelkami (?) i reszta. Czy sie balam? Pewnie. Czy puszcze ich ponownie. Tak.

    • Może pożar wybuchnąć, jeśli dziecko nie ma klucza, to jak wydobędzie się z budynku?

  • Jej, jestem złą matką. I kobitki z mojego osiedla też są złymi matkami, bo nasze dzieci biegają wokół bloku SAMOPAS. Owszem, córa ma powiedziane, że gdyby zaczepił ją ktoś obcy ma szybko wracać do domu, albo pójść do cioci i powiedzieć o tym. Jak chce iść do sklepu to tylko na pasach itp, itd. Ale bez wariacji. Kiedyś też się tak bałam, tak się bałam, że zrobiłam dzieciakowi krzywdę, i izolowałam…

    • Też jestem na cenzurowanym za to, bo na moim osiedlu mamy chodzą za dziećmi krok w krok. Ja swoje doglądam z balkonu.

  • Beata Beti

    Najbardziej lubię „bo Cię pan zabierze”. Najdziwniejsze jest to, że rodzice budzą niepotrzebny strach a nie mówią jak sobie radzić w sytuacji kryzysowej. Co jak się zgubi w sklepie albo na ulicy w tłumie bo się zagapiło i poszło nie tam gdzie rodzice? Kogo poprosi o pomoc? Pana/Panią? – nie bo zabierze… policjanta? też nie zawsze bo to „parszywy dziad co wlepia mandaty i daje kary”… Dziecko musi mieć zaufanie do dorosłych i czuć się bezpiecznie. Nie oznacza to od razu, że ma iść z każdym kto wyciągnie rękę. Moje dziecię np. kiedy bardzo sprytnie ominęło mnie i męża w Ikei – do dzisiaj nie wiemy jak to zrobiła ;) – poszła do pani przy kasie w gastronomii i się znalazła równie sprytnie ale z drugiej strony wie, że z placu zabaw może zejść tylko z nami lub z kimś kto zna nasze „tajne hasło”. Nie pójdzie bez pytania z nikim nawet jeżeli go dobrze zna… Grunt to zdrowa równowaga ;)

  • Sonia

    Mnie też przeraża ta społeczna paranoja, któr pomimo rozsądku i dzięki potężnej dawcę wyłącznie złych informacji w mediach chcąc nie chcąc ale trochę się udziela…dobrze, że mam jeszcze wspomnienia z dzieciństwa gdzie na podwórku biegały wszystkie dzieci które biegać już potrafiły a nieprzekraczalny i kończący się srogą karą był tylko jeden zakaz- nie wychodź na ulicę.

  • To dzieci z gimnazjum mogą być na świetlicy? W szkole, do której posyłam córkę, świetlica kończy się na 3 klasie. Starsze dzieci siedzą na ławce przed szkołą ze smartfonem, a nauczycielki komentują, że nie ma kto odebrać. Jest ogólnie ostracyzm na pracujących rodziców.

  • kinga zelek

    Bardzo fajny post zapraszam http://czerwonakokarda88.blogspot.com/