Mum and the city

Rozmowy bez limitu #7: z rodziną najlepiej na zdjęciach! I w dialogach ;)

27 września 2017

Śmieszne parenting

Tym razem mam dla was dialogi rodzinne. Podobno z rodziną dobrze tylko na zdjęciach, ale gdy zbiera się przy jednym stole… Jest co spisywać! Dzisiaj o tym, jak nauczyć dziecko pisania, co się robi, kiedy niemowlę uleje, czy śledź to warzywo oraz dlaczego warto spać z dziećmi w tym samym pokoju?

Wpadł dzisiaj do mnie brat. Na kawę. Między jednym a drugim łykiem zaczął opowiadać o swojej córce, która uczy się właśnie czytać i pisać:

– No i ciagle myliła „b” z „d”, dopóki jej nie powiedziałem, że „b” jak „brzuszek”, więc z przodu, a „d” jak „dupa”, więc z tyłu.

***

Piotrek rozmawia z mamą przez telefon i patrzy na syna. Nagle wtrąca z dumą:

– A Kostek układa już puzzle 5 plus!
– Tak się zastanawiam czy nie wymienić tej starej podłogi – babcia, jak gdyby nigdy nic, kontynuuje przerwany temat.
– Ale słyszy mama? Puzzle dla pięciolatków! – Piotr pomyślał, że mama nie zrozumiała.
– Wiadomo – odpowiada babcia bez zdziwienia – Przecież to mój wnuk!

***

Odwiedziliśmy dzisiaj kuzynów młodego. Nauczyli go (wymyślonej chyba na poczekaniu) zabawy w „speed”, czyli z grubsza: bieganie po całym domu z okrzykiem Indianina na ustach, wywracanie się, skakanie na łóżko i po nim.

Kuzynka padła.
Kuzyn padł.
Kostek dalej biega.

Nagle rozłożony na kanapie kuzyn stwierdza z dumą:

– Wytrenowałem go na twardziela!

***

Ostatnio trochę chorowałam, więc dziadek zabierał mojego synka na spacer, żebym w spokoju mogła się wygrzać pod kołdrą.

Były to bardzo edukacyjne spacery, z których za każdym razem Kostek przynosił w kieszeniach nowe skarby: kwiatki, żołędzie, ślimaki (!), a ostatnio nawet kasztany (tak! Już są kasztany!).

W czasie tych spacerów uczyli się także nowych wyrazów. Coś podstawowego jak: tak, nie, daj, pani, auto, tramwaj.

I teraz wyobraźcie sobie minę mojego męża. 
Jak wraca z pracy. 
I w drzwiach czeka na niego jego mały dwulatek, który jeszcze wczoraj nie mówił prawie nic.

A dzisiaj przywitał go słowami:

– Daj dychę!

***

Wczoraj odwiedziła nas babcia. Zostawiłam ją w salonie z najedzoną małą, a sama poszłam przygotowywać kawę dla gościa. Nagle babcia coś zauważyła…

– O! Basia ulała! Co teraz trzeba zrobić? – zapytała Kostka.
– Telaz? – zastanowił się dzielny starszy brat, próbując sobie przypomnieć, jak to wygląda na co dzień – Telaz trzeba krzyczeć: „Gdzie są chusteczki?!!!”.

***

U babci.

Kostek je kolację tuż przed odjazdem do domu, kiedy nagle babcia mówi:

– Kochanie, a może przyjedziesz kiedyś sam do mnie na noc?
– Nieee… Ja nie plowadzę!

***

Świąteczny obiad u rodziny.

W popłochu omiatam stół wzrokiem. Widzę ryby i pięć rodzajów mięsa: drób, wieprzowina, wołowina, a nawet gęsina!

– Czy są jakieś warzywa? – pytam, bo zazwyczaj obiad zaczynam i kończę na surówce.
– Co? – rodzina patrzy na mnie jak na przybysza z odległej planety.
– No… – powoli tracę pewność siebie – Coś niemięsnego czy jest?
– Tak – szwagier podaje mi miseczkę – tu masz śledzika z cebulką.
– A tam – wtrąciła teściowa – pod udkami są pieczarki.

***

Kostek bardzo lubi się uczyć. Fascynują go na przykład liczby, a ostatnio… Dni tygodnia. Ciągle dopytuje, czy dzisiaj jest piątek, kiedy będzie niedziela, w jakie dni chodzi do przedszkola, a w jakie nie.

Postanowiłam więc go tych dni tygodnia nauczyć. Po godzinie powtarzania: poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela zauważyłam, że zaczyna kumać, recytuje już sam z pamięci, więc czas zadzwonić do babci i się pochwalić:

– Młody, chodź i powiedz babci dni tygodnia!
Na co młody przyszedł, wziął wdech i bardzo wyraźnie, prosto do słuchawki powiedział:
– Dni tygodnia.

***

Synek pokazuje babci mapę Polski. 

Gdzie jest morze, nad którym wieje, góry, jeziora na Mazurach, Warszawa i najważniejsze – gdzie jest Poznań. Po czym stwierdza:

– Ja mieszkam w Poznaniu na placu zabaw!

***

Moi rodzice kilka dni temu wyjechali na wczasy, o czym rozmawiamy rano z Piotrem. Nagle on się oburza:

– Ja nie wiem co to za dziadki, że Kostka nie wzięli ze sobą!
– Bo oni pojechali na długo – tłumaczę.
– No właśnie.

***

Jak wiecie, byliśmy wczoraj w kinie (juhuuu!). Po skończonym seansie mój mąż wypadł z sali jak torpeda. Ledwo pozwolił mi zahaczyć o toaletę, bo do domu, koniecznie do domu. I to jak najszybciej!

– Gdzie się tak spieszysz? – nie rozumiem, bo ja bym najchętniej została jeszcze godzinę na zakupach. A potem poszła na lody – Martwisz się o dzieciaki? Jak dały radę bez nas?
– O dzieciaki? Oszalałaś?!!! Ja się martwię, w jakim stanie są teraz dziadki!

***

Z cyklu: rozmówki rodzinne podczas niedzielnego obiadu.

– Mnie zawsze bardzo gryzą komary, bo mam słodką krew – stwierdza moja mama.
– Nie, nie, to mit. Wszystko zależy od grubości skóry – pouczam ją – jak jest cienka, to komary lepiej wyczuwają krew, dlatego częściej atakują kobiety, no a jeszcze częściej dzieci.

Na co nagle wtrąca się mój mąż:

– Widzisz jak dobrze, że mamy w sypialni Basię?


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? UWAŻASZ, ŻE JESZCZE KOMUŚ MOŻE SIĘ PRZYDAĆ? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • Takie rozmówki są najfajniejsze. :)

  • e-milka

    No i chichocze. Basia jako przyneta na komary, Kostek cwaniak warszawski proszacy o dyche, no i dumny kuzyn, ze wytrenowal twardziela. :)

  • salus salus

    Uwielbiam!

  • Mira

    Przy ostatnim dialogu aż się popłakałam :D

    Mąż z synkiem trzyletnim poszli wywieszać pranie na strych nad garażem. Strych mamy zamykany na klucz, bo ma osobne wejście. No i tata rozwiesza pranie i raptem: cyk i drzwi zamknięte.
    -Leon, co ty robisz? Teraz idź po mamusię, żeby przyszła i otworzyła.
    -Dobrze tatuś. Ale nie wychodź!