Mum and the city

Jak wygląda „praca” blogera, czyli wymarzony zawód dla mamy

27 kwietnia 2017

DSC_9412

Z nazwaniem tego co robię „pracą” nadal mam ogromny problem, o czym świadczy fakt, że zapytana w urzędzie, sądzie czy u lekarza o zawód, zawsze odpowiadam „nauczycielka”, czyli podaję mój zawód wyuczony, a nie wykonywany przeze mnie na co dzień. Głównie dlatego, że chcę uniknąć głupich pytań typu: „A z tego da się wyżyć?”. Tak, to pytanie pojawia się ZAWSZE.

Zresztą, nic dziwnego. Nie tylko dla obcych ludzi to, co robię, jest czystą abstrakcją, ale nawet dla najbliższych! Bardzo często muszę się tłumaczyć, dlaczego obiad dla dzieci nie jest zrobiony na czas, skoro siedzę w domu, dlaczego mam w salonie bałagan i nie myję okien na święta, tylko siedzę na fejsie. Wytłumaczenie komukolwiek, że siedzenie na fejsie jest moją pracą (np. dodaję tam nową treść, odpowiadam na komentarze i privy, tworzę reklamę) jest zwyczajnie ponad moje siły, dlatego rzadko o swoim zajęciu opowiadam. Właściwie rozmawiam o nim tylko z mężem i innymi koleżankami blogerkami – ale ten jeden jedyny raz postanowiłam zrobić wyjątek.

Z tego wpisu dowiesz się, jak wygląda zawód „blogerka” od kuchni, z czym to się je i czy przypadkiem nie jest to idealne zajęcie również dla ciebie?

Mój dzień nigdy nie wygląda tak samo

I to jest najfajniejsze, bo wszystkie obowiązki mogę dostosować do potrzeb moich dzieci. Jeśli Kostek kaszlał w nocy i podjęłam tę heroiczną decyzję, że nie puszczam go dzisiaj do przedszkola, to najpierw zupełnie tak jak jego oblewa mnie pot (ale nie ten od choroby, tylko ze strachu), a potem szybko stwierdzam, że: „Hej! Dam radę!”. I już się cieszę, że nie muszę załatwiać opieki na dziecko, dzwonić do szefa i tłumaczyć, dlaczego znowu nie będzie mnie w pracy.

Bo szefem jestem ja. Ale również to ja trzymam nad sobą najsroższy z batów i wiem, że jeśli nie w ciągu dnia, to wszystkie swoje obowiązki będę musiała wykonać w nocy. Coś za coś. Tutaj nic się samo nie zrobi, nie mam żadnego zastępstwa, a od tego jak pracuję realnie zależą moje zarobki i czy starczy do pierwszego.

Znam więc blogerki, które pracują non toper, bo ciężko postawić wyraźną kreskę i powiedzieć sobie: „Już dość, wystarczy. Mam własne życie i rodzinę, którą też muszę się zająć”. To krótka droga do wypalenia zawodowego, dlatego sama staram się znaleźć równowagę pomiędzy pracą, a domem, tzw. work life balance (o ile to w ogóle możliwe!).

DSC_9410

DSC_9408
fot. blogerka parentingowa na wakacjach ;)


A skoro o wypaleniu zawodowym mowa…

Możesz się śmiać lub nie, ale bloger jest trochę jak artysta. Twórca znaczy się. Sam tworzy treści, więc codziennie musi mieć nowe pomysły. Serio, codziennie. A to rzuci żarcikiem na Facebooku, a to nagra filmik na Insta Story, napisze coś dłuższego na bloga lub opublikuje ładne zdjęcie śniadania. To śniadanie też samo mu się nie zrobi ;). Zazwyczaj wygląda to tak, że najpierw taki bloger przejrzy tysiące innych śniadań w internecie, znajdzie fajny przepis, który wykona krok po kroku, a potem swoje danie udekoruje, pobiega po całym domu w poszukiwaniu dobrego światła (najlepiej przy oknie! Czyli trzeba przesunąć stół, uważając, żeby dziecka przy tym nie potrącić!) i cyknie 50 fot, z czego ty zobaczysz jedną. Po obróbce w Photoshopie. Czyli praca, która wydawałoby się, że trwa minutę, trwa tak naprawdę dwie godziny. A potem jeszcze biedak musi to zimne śniadanie zjeść ;).

I tak jest w sumie ze wszystkim.

Ale ja nie o tym. Bloger, który już zarabia, dostaje codziennie na maila dziesiątki zapytań o treści mniej więcej takiej: „Klient X ma produkt Y i tak pomyślał, że fajnie byłoby go pokazać w twoich kanałach. Czy masz jakiś pomysł, jak to zrobić, żeby zainteresować Twoich czytelników?”. Uwielbiam takie maile, gdzie nikt mi niczego nie narzuca i wierzy, że wiem, co robię (i że robię to dobrze!), ale wymaga to ode mnie naprawdę dużej kreatywności. Ja MUSZĘ rzucać pomysłami. Na poczekaniu. Jak pracownik agencji.

Jak dziennikarz, bo piszę do tego zwykłe, codzienne teksty na bloga. Artykuły znaczy się.
Jak fotograf, bo sama robię do tych artykułów foty (lub mówię mężowi, jaką fotkę ma zrobić. Że ma stanąć tam, a ja tu, że przy tym oknie, ale tak, żeby pokazać mnie z profilu i w jakimś takim zamyśleniu ;)).
Jak copywriter, bo potem tymi tekstami muszę zainteresować was, czyli: opatrzyć je odpowiednim tytułem i zajawką, żebyście w ogóle miały ochotę do mnie zajrzeć. Zdradzę wam, że wymyślanie tytułu i pisanie zajawki u wielu blogerów często trwa dłużej niż napisanie całego tekstu ;).
Jak grafik, bo przecież memy budujące zaangażowanie na Facebooku same się nie zrobią.
Jak filmowiec, bo czasami jest tak, że trzeba nakręcić film.

Jak widzisz, wszystko to jest pracą twórczą. Dla mnie bomba, bo nigdy nie chciałam siedzieć przed tabelkami Excela od 9 do 17 i wykonywać powtarzalnych zadań aż do emerytury, ale jeśli w każdej minucie życia rzucasz pomysłami jak z rękawa, to w końcu nadchodzi moment, że te pomysły zwyczajnie ci się kończą. Co kilka miesięcy więc każdy bloger przeżywa etap zniechęcenia. Ma wrażenie, że kręci się w kółko w rytm melodii: „ale to już było” i musi coś zmienić. Ja zazwyczaj dodaję wtedy nową tematykę na bloga, piszę coś totalnie od czapy pod wpływem emocji lub zwyczajnie odpoczywam, to znaczy zajmuję się dziećmi.

Jednak wielu zaawansowanych blogerów właśnie na tym etapie odpada. Robią co muszą i tylko dlatego, że to „idzie” (tzn. ładnie się klika na fejsie), ale nie wkładają w to serca. Albo milkną na dobre i puszczają tylko reklamy, przepisując briefy z agencji. Zero własnej inwencji twórczej.

Łatwo wyczuć, kiedy taki bloger łapie doła. 

Bloger ma wakacje zawsze i nigdy

Tak naprawdę wolne mogę sobie zrobić w każdej chwili, np. jak Basia ma gorszy dzień lub zwyczajnie ja mam potrzebę, żeby spędzić z rodziną trochę czasu, zabrać dzieci na plac zabaw albo na basen. W każdej chwili mogę się spakować i gdzieś pojechać, bo blogować można z każdego miejsca na ziemi, byle był zasięg ;).

DSC_9531

Ale tak naprawdę nie mogę sobie pozwolić na to, żeby przez cały dzień nie robić na blogu NIC. Czy to wakacje czy święta, co rano zaglądam na stronę, czy działa, moderuję komentarze, odpisuję. Zerkam na Facebooka czy stoi i wrzucam tam coś, bo Facebook to taka bestia, że jak nie wrzucisz, to utnie zasięgi, to znaczy nawet po jednym dniu milczenia nie pokaże moich późniejszych treści nikomu i wtedy trzeba mozolnie zacząć wspinaczkę od nowa.

Wena to też taka dziwka, że dopada cię w najmniej oczekiwanym momencie, to znaczy pomysł na wpis może się zaświecić zupełnie jak żarówka nad stołem w trakcie rodzinnego obiadu u teściowej lub o czwartej nad ranem, kiedy karmisz dziecko. A ja wolę pisać pod wpływem emocji niż potem godzinami łapać odpowiednie słowo i w pocie czoła starać się, żeby język giętki wyraził to, co pomyśli głowa ;). Dlatego piszę w miejscach najdziwniejszych i o najdziwniejszych porach. Na serwetce w kawiarni, w notatniku telefonu, kiedy cała rodzina obok smacznie śpi czy też w myślach podczas biegania.

No i maile. Tutaj trzeba odpisywać na bieżąco. Na odpisanie na maila masz godzinę w porywie do dwóch, bo ludzi z agencji nie interesuje, że twoje dziecko jest właśnie chore albo że ty sama rodzisz. Nie odpiszesz, bo byłaś na porodówce – więcej nigdy się nie odezwą. Po co mają czekać na kogoś, kto ma inne zajęcia na głowie, skoro wiedzą, że dwudziestu innych blogerów odpisze w ciągu kwadransa, nawet jeśli nurkują właśnie na Mauritiusie. Czyli jak dupa się będzie walić i palić (czyt. ważny klient w ostatniej chwili zmieni koncepcję działań), to z nimi będzie kontakt dobry i natychmiastowy, na nich można polegać, a na tobie nie.

To zakładać tego bloga czy nie?

To jest tak, że coraz więcej ludzi traktuje bloga jak firmę. Sama mam na bloga założoną działalność gospodarczą, co oznacza, że nie tylko prawilnie odprowadzam podatki, ale się z niego utrzymuję, czego niby powinnam się wstydzić, ale się nie wstydzę :).

To jest tak, że coraz mniej jest w blogosferze miejsca na pasję, a coraz więcej z góry zaplanowanych działań. Posty o określonej porze i w określone dni. Tematyka, która ładnie ssie, a nie jakieś tam bajdurzenie, bo okres się zbliża i baba na poczcie mnie wkurzyła. Coraz więcej jest blogerów, którzy nie myślą o tym, co ważnego mają do powiedzenia, tylko o tym, jak ściągnąć do siebie jak najwięcej ludzi, stąd posty o niczym i chwytliwe tytuły, coś a’la Pudelek: „Zobacz, jakie Doda miała majtki!” tylko że bardziej: „Zobacz, co robię z mężem po nocach!”. I to mi się nie podoba.

Ja jednak myślę, że najlepiej to wszystko ze sobą połączyć. Dobry tytuł + wartościowa treść. Regularność, ale również serce. Plan działania ze sporym miejscem na emocje.

W każdym razie ja wierzę, że to pasja a nie odpowiedni marketing jest najważniejsza. W samym parentingu są blogi pisane na siłę, za którymi stoi strategia i ogromna kasa, za którą spokojnie można wybudować mały dom na wsi. I jakby to zabrać, to by nie było nic. Złamanego czytelnika, bo wszyscy pochodzą z facebookowej łapanki. A są też takie skromne perełki, do których sama wracam na co dzień. Które pisze baba z PMS-em i zmiennymi nastrojami, a nie ktoś, kto klepie w kółko to samo, bo sobie założył, że ma być „lekko, przyjemnie i dla głupiego”. Głupich jest przecież najwięcej ;).

Więc jeśli masz charakter i coś ciekawego do powiedzenia – to pisz. Jeśli lubisz pracę twórczą i masz mnóstwo pomysłów – to pisz. Jeśli potrafisz do tego wziąć dupę w troki i robić to regularnie, i nie potrzebujesz nad sobą szefa, który będzie cię pilnował oraz rozliczał – to pisz. Jednym słowem, jeśli to lubisz – to pisz. Bo będziesz wiedziała, jak poradzić sobie z wypaleniem.

I właśnie ty odniesiesz sukces.

Ale taki prawdziwy, o którym świadczy liczba powracających do ciebie i wiernych czytelników, którzy są ważniejsi od hajsu z reklam czy milionowych statystyk. Choć to już jest kwestia priorytetów, które każdy bloger powinien sam sobie w głowie poukładać.

DSC_9405


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? UWAŻASZ, ŻE JESZCZE KOMUŚ MOŻE SIĘ PRZYDAĆ? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • Magdalena Baniewska

    O blogu myślę od jakiegoś czasu, pomysłów na posty mam miliony. Domena od miesiąca, a ja nie mogę zrobić kroku dalej, bo walczę z motywem. Na tyle, że dzisiaj zaczęłam uczyć sie html i css. Zanim ruszy coś ja osiwieje ?

  • Byłaś pierwszą blogerką parentingową, którą zaczęłam czytać jeszcze zanim założyłam własnego bloga i w jakiś sposób zainspirowalaś mnie do tego! Prawda jest taka, że jeśli ktoś jest prawdziwy i szczery to ludzie to wyczują i będą chcieli to czytać. A ludzie nie są głupi i wyczują każdy fałsz, tak jak wyczują, że wszystko co dany bloger robi jest dla kasy. I to jest chyba jak z każdą pracą- najlepsi są ci, dla których praca jest pasją,a nie smutnym obowiązkiem. :)

  • Elwira Zbadyńska

    Przeczytałam również to między wierszami i przybijam Ci pionę ;)

  • Taaak, blogowanie (o ile podchodzi się do tego z sercem, żelazną konsekwencją i regularnością), to całkiem ciężka praca. Ale i satysfakcja ogromna! I nie chodzi tylko o coraz wyższe słupki w GA, o coraz większy fejsbukowy fp, ale o to, że zaczynasz pisać dla siebie, dla rodziny, najbliższych, znajomych, a po pewnym czasie zgłaszają się do ciebie zupełnie obcy ludzie – komentują, pytają, dzielą się własnymi doświadczeniami. To właśnie to chyba jest w blogowaniu najprzyjemniejsze :) Choć kocham także ten moment, gdy nie mam weny, nic mi nie idzie, po raz setny zaczynam pierwsze zdanie, a potem nagle nie wiadomo czemu coś się zmienia, pojawiają się pomysły i tekst zaczyna sam cię nieść, sam się pisać.

    PS. A ?Zobacz, co robię z mężem po nocach!? znam ;)! Kilka razy sama się dałam złapać na chwytliwe tytuły i zajawki na FB, szybko jednak kazało się, że te tytuły i krótkie fejsbukowe zapowiedzi to najciekawszy element bloga… ;)

  • Ja przechodzę teraz załamanie, bo nie umiem się w ten cały marketing wkręcić i nie czuję tego, przez co moje posty mają mały zasięg. Już się od dawna nastawiłam, że piszę dla moich czytelników, małej ale fajnej grupy i przez szacunek do nich nie umiem zapodawać chwytnych tytułów, dobrze klikalnych, a z którymi treść notki wiele wspólnego nie ma, a na dokładkę jest to lokowanie produktu (strasznie dużo tego teraz). Trochę mi smutno, że pisałam o czymś 2 lata temu i przeszło bez echa, a potem znajduje wpis o bardzo podobnej treści znanej blogerki i jest tysiące razy udostępniany, komentowany. Na utrzymywanie się z bloga nigdy nie liczyłam, ale chciałabym zwiększać liczbę swoich odbiorców, a to bez wydawania dużej kasy na FB w ogóle nie chce się nawet z czasem robić.
    Moje blogowanie za miesiąc będzie narażone jeszcze bardziej, bo wracam do pracy i po prostu nie wiem, czy w moim przypadku warto to robić kosztem snu.

  • e-milka

    Jak dla mamyzpowolania – bylas pierwsza blogerka (w polskiej blogosferze), ktora zaczelam czytac (tzn. dawno temu czytalam tez Wawrzynca Pruskyiego, wtedy chyba nie bylo tego pojecia parenting blog). Nie znam sie na ekonomicznej stronie blogowania, ale zdaje sobie sprawe, ze choc to tak easy wyglada, kosztuje w rzeczywistosci wiele czasu i pracy. Dlatego staram sie komentowac, nawet jesli chodzi o reklame. Dlaczego nie? Czytam Cie z przyjemnoscia, a jako mama HNB, filolog i absolwentka UAM widze pewne podobienstwa.

  • Monika

    jesteś moją ulubioną blogerką! jesteś naturalna, prawdziwa, szczera a przy okazji konkretna i profesjonalna! wiele blogerek paretinogowych nie może się z Tobą równać

  • Czasem Ty z sercem na tacy, a agencja to serce wycina i wstawia treść z briefu. Możesz odmówić, ale jak Cię na to stać w danym miesiącu…

    • Odmawiam. Zazwyczaj agencja jest wtedy „pośrednikiem” pomiędzy mną a klientem, warto dać jej dobre argumenty (np. mam świadome/mądre czytelniczki i nie mogę tego tak napisać). Rozumiesz: nie że ja chcę, bo ja jestem panią na włościach, ale: takie działanie może zaszkodzić marce/zniechęcić czytelników do niej (nie do mnie). Wszyscy przecież gramy do jednej bramki.

      Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby wobec takich argumentów klient dalej upierał się przy swoim.

  • Ha! A u m nie to właśnie Ty jesteś tą blogerką, do której wracam, gdzieś między ogarnianiem dziecka, gotowaniem i opisywaniem przepisów na blogu. To właśnie Twoje wpisy zdarza mi się udostępniać na wallu FB. Dla mnie założenie bloga wiązało się z brakiem czasu na czytanie innych, a blogów czytałam sporo – od mody przez parentingi i healthy diet. U Ciebie zostałam i mam nadzieję, że starczy mi czasu na czytanie dalej. Ba! Nawet zdarzyło mi się ostatnio kupić Vanisha i zainspirowana jednym z postów wykłócałam się między półkami sklepowymi z niemężem, że chcę Vanish a nie jakiś tam inny bliżej nieznany środek :-) Także – działasz !

    • Dziękuję za przemiły komentarz! Aż się zaczerwieniłam troszeczkę ;)

  • Mi najbardziej w pracy zawodowej przeszkadza to, że kiedy dziecko zachoruje nie mogę od tak sobie, rzucić wszystkiego i iść na chorobowe.
    Gratulacje, że masz odwagę aby iść swoją drogą i wybrałaś najlepszego szefa na świecie:)

  • Pamiętam Twoje początki! Świetna ewolucja, bardzo podziwiam za ciężką pracę i nie zatracenie tej pasji, którą miałaś podczas startu :)