Health and the city

Przebiegłam 115 kilometrów w maju, czyli pierwszy kryzys i jak sobie z nim radzić?

13 czerwca 2017

DSC_1201

W maju dopadł mnie pierwszy kryzys. Trochę dlatego, że pod koniec miesiąca zachorowałam na zapalenie oskrzeli, więc musiałam sobie te moje ćwiczenia odpuścić. A trochę z własnej głupoty.

Przez ostatnie dwa miesiące przegięłam z treningami i biegałam codziennie/co dwa dni na dystansie około 10 km. Tak jest na początku, kiedy człowiek się do czegoś zapali i sprawia mu to ogromną frajdę. Jednak po dwóch miesiącach miałam wrażenie, że gram w filmie pt. „Dzień Świstaka”. Codziennie te same trasy w rytm pięciu piosenek na krzyż, bo biegam przy muzyce z radia – a w komercyjnych radiach repertuar jest tak ograniczony i powtarzalny jak dieta mojego syna-niejadka, który na śniadanie, obiad i kolację najchętniej jadłby suchą bułę.

Zdaję sobie sprawę, że kryzys prędzej czy później dopada każdego. Powody mogą być różne: przetrenowanie, choroby (wyhodowane przez siebie lub przez dzieci), wyjazdy, nadmiar pracy czy zwykłych, domowych obowiązków i ostatnie, ale nie najmniej ważne – zwykła nuda. Najgorsze, co można zrobić, to przerwać w tym momencie ćwiczenia.

OK, W TAKIM RAZIE JAK SOBIE RADZIĆ Z KRYZYSEM?

Tak naprawdę sposoby mam trzy:

1. Myśl o celu. Ale nie tym najbliższym.

Ludzie dzielą się na dwie grupy: tych, którzy na widok pierwszych efektów chcą jeszcze więcej i jeszcze lepiej. To znaczy sukces motywuje ich do dalszego działania. Ich nie lubimy i przeklinamy pod nosem z zazdrości ;).

Bo jest też druga grupa, do której zdecydowanie i niestety się zaliczam – na widok pierwszych efektów myślę sobie: „Już jest dobrze”. Czyli schudłam i nie będzie siary na plaży, a do tego moja kondycja naprawdę się poprawiła – potrafię biec przez ponad godzinę bez odpoczynku i zadyszki. „Nic się nie stanie, jeśli dzisiaj nie pójdę biegać!” – rozgrzeszam się wtedy po cichu. Nic się nie stanie, jeśli zamiast co dwa dni, będę biegać 3 razy w tygodniu. A potem raz. A potem wcale.

Równia pochyła.

Zawsze wtedy zaczynam się zastanawiać, jaki jest mój cel. Długofalowy. No bo przecież wcale nie chodzi o to, żebym dobrze wyglądała podczas tegorocznych wakacji czy na weselu kuzynki w sobotę. Ja chcę dobrze wyglądać również za 5 czy 10 lat! I dożyć w zdrowiu późnej starości, a tak się nie stanie, jeśli najbliższe lata spędzę na kanapie albo przed kompem.

2. Jeśli nie marchewka, to kij.

Zwizualizuj sobie, ile możesz stracić. Tak, te pięknie wypracowane mięśnie nieużywane – zanikną. Co oznacza, że jeśli nie poćwiczę teraz, to tak jakbym nie ćwiczyła wcale. Bo za dwa tygodnie to będzie tak, jakbym wszystko zaczynała od początku. A ja bardzo nie lubię zaczynać od początku!

A potem włączam sobie InstaStory dziewczyny, o której wiem na pewno, że dzisiaj ćwiczyła – to może być Fashionelka albo What Anna Wears – i tak zmotywowana idę po adidasy. No bo kurde, inni ćwiczą i wyglądają świetnie, a ja co?

3. Walcz z rutyną.

Może nie przebiegłam tyle, ile w poprzednim miesiącu, ale ruszałam się całkiem sporo. Znudzona bieganiem włączyłam po prostu inne aktywności: spacery z wózkiem, pogoń za rowerkiem starszaka, basen i joga. Czyli wszystko to, co uwielbiam.

Bo tak naprawdę nikt nie wytrwa w regularnych treningach, jeśli zwyczajnie tego nie lubi. Kluczem do sukcesu jest znalezienie takich aktywności, które sprawiają nam dziką frajdę. I przeplatanie ich, żeby nie stały się kolejnym nudnym obowiązkiem.

Każdy coś takiego ma. To może być pływanie albo praca w ogródku. Sama wiesz najlepiej, co wybrać.

I chociaż my matki nie mamy tyle czasu co inni, żeby ćwiczyć, to mamy jedną zdecydowaną przewagę – aktywność możemy traktować jak odskocznię od codziennych obowiązków. Taką przyjemność zarezerwowaną tylko dla nas.

DSC_1203

Wyjść i nie myśleć o dzieciach.
Zostawić wszystko na głowie męża.
Zająć się tylko sobą.
Odpocząć.

No przyznaj, że brzmi super!


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? UWAŻASZ, ŻE JESZCZE KOMUŚ MOŻE SIĘ PRZYDAĆ? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI: