Mum and the city

Poród w filmach vs poród w rzeczywistości

13 lutego 2017

porodwfilmach

To prawda, żadna z nas nie bierze filmów na serio. Wiemy przecież, że rzadko kiedy po pierwszym pocałunku powinny iść napisy końcowe z romantyczną muzyką w tle dającą do zrozumienia: „i żyli długo, i szczęśliwie”. To raczej dobry wstęp do całej serii komedii pomyłek. Tak samo nie sztuką jest doprowadzić faceta do ołtarza – na czym skupiają się scenarzyści – sztuką jest nauczyć go po sobie sprzątać (że też nikt nigdy nie nakręcił filmu o tych skarpetkach porozrzucanych po całym domu!). Podobnie jest zresztą z porodami – to, co widzimy na ekranie ma z prawdziwym życiem tyle wspólnego, ile nowa twarz Mai Sablewskiej z dietą.

1. The beginning.

FILM: zawsze zaczyna się od kałuży. Nagle wszyscy zaczynają krzyczeć i biec przed siebie, jakby brali udział w wyścigu po Crocsy w Lidlu. Kobieta wrzeszczy, jakby czuła główkę między nogami, więc w locie chwyta tylko małą torebkę na szminkę i kartę kredytową, a jej facet w popłochu organizuje transport. Nie masz pojęcia, jakim cudem w ogóle udało mu się zrobić dziecko (że wiedział co do czego), bo zbyt rozgarnięty nie jest: nie tylko nie potrafi sam zawieźć swojej kobity na porodówkę, ale również nie wie, jak zadzwonić po taksówkę ani nie może jej złapać. Ostatecznie wymyśla, że zaniesie ją przez całe (wielomilionowe!) miasto na rękach. Albo zatrzymuje rikszę. Lub kradnie rower jakiemuś dziecku.

RZECZYWISTOŚĆ: kiedy w nocy pojawiają się pierwsze skurcze, cieszysz się, że spoko, lajcik, jak tak ma wyglądać poród, to przecież dasz radę! Nic wielkiego. Zawsze wiedziałaś, że wszystkie te baby opowiadające mrożące krew w żyłach historie o swoim porodzie zwyczajnie przesadzały. Mięczaki! Sama idziesz pod prysznic, układasz włosy, przygotowujesz kanapki na porodówkę i sprawdzasz, czy na pewno wszystko spakowałaś. Z podekscytowania nie możesz zasnąć, a po kilku godzinach budzisz swojego faceta całusem w usta ze słowami: „Kochanie! To już!”. Razem liczycie skurcze i odstępy pomiędzy nimi, a kiedy kolejny zwala cię z nóg, twój mężczyzna przytomnie prowadzi cię do samochodu i bez szwanku (nie licząc tego, że ignoruje wszystkie czerwone światła w mieście!) dowozi do szpitala.

2. Przyjęcie do szpitala.

FILM: rodzącą lekarze od razu sadzają na wózek i zabierają na salę, a formalności – które trwają minutę! – załatwia na recepcji facet. Pięknej takiej, kolorowej i jasnej. Panie pielęgniarki są zawsze ubrane na różowo i uśmiechają się zza swojego komputera, popijając sojową latte ze Starbucksa (zbliżenie na logo).

RZECZYWISTOŚĆ: na izbie przyjęć spędzasz kilka godzin, siedząc na niewygodnym taboreciku w zimnym korytarzu. Ostatnia nieprzepalona świetlówka mruga do ciebie z sufitu. Co jakiś czas nadąsana pielęgniarka woła cię do gabinetu, żebyś ręcznie wypełniła tonę niepotrzebnych papierzysk, co robisz, łapiąc oddech jak ryba wyrzucona na brzeg pomiędzy jednym a drugim skurczem. Data urodzenia myli ci się z datą ostatnich badań, a PESEL z aktualną wagą. Znowu wypraszają na korytarz. Znowu zapraszają na badanie. Lekarz dopija herbatę z PRL-owskiej szklanki, a ty w tym czasie przebierasz się w nocną koszulę w obskurnej toalecie dla gości szpitalnych. Potem idziesz długim, zimnym korytarzem do odrapanej windy, ciągnąc za sobą po podłodze zbyt ciężką torbę, w której zmieściło się pół twojego domu, a nie tylko szminka i karta kredytowa. Mąż ze względu na procedury musi dojść do ciebie innym wejściem. Na gołych łydkach masz już gęsią skórkę i w tych sprzyjających okolicznościach czujesz się bardziej jak bohaterka horroru niż komedii romantycznej.

3. I… Akcja!

FILM: główna bohaterka przestaje się nagle spieszyć, leży po prostu uśmiechnięta na łóżku i wygląda absolutnie olśniewająco, zupełnie tak, jakby do szpitala dotarła rządową limuzyną, a nie w rikszy (albo na dziecięcym rowerku, pedałując zaciekle, bo mężczyzna jej życia zdążył przynajmniej trzy razy zemdleć po drodze).

RZECZYWISTOŚĆ: postanawiasz iść z tego całego szpitala w diabły. Przerwać akcję porodową, wyrwać wenflon z dłoni, wybiec na ulicę i udawać, że nigdy nie byłaś w ciąży. Jednak ból, który dopada cię na korytarzu, sprawia, że potulnie wracasz na salę. Zaczynasz negocjacje: położną błagasz o epidural, gaz rozweselający lub dolargan (a najlepiej wszystko to razem!), lekarza o cesarkę, a męża, żeby cię dobił. Kiedy kolejny skurcz pojawia się w chwili, w której dopiero co skończył się poprzedni, dociera do ciebie, że nie ma odwrotu: co weszło, wyjść jakoś musi. Wtedy właśnie bierzesz głęboki wdech, a wraz z nim pojawia się pewność, że – cholera! – urodzisz to dziecko! Tyle przecież zniosłaś, teraz to już naprawdę dasz sobie radę ze wszystkim!

Ten, kto stwierdził, że facet jest silniejszy od kobiety, z pewnością nigdy nie był na porodówce!

4. Punkt kulminacyjny.

FILM: aktorka wygląda jak te wszystkie babki zebrane do kupy w czasie Czarnego Protestu. Tylko groźniej. Wrzeszczy, przeklina i doskonale wie, czego chce. A chce, żeby dziecko znalazło się po drugiej stronie brzucha. Teraz, natychmiast! W tym czasie jej facet znowu mdleje albo zagląda tam, gdzie nie powinien.

RZECZYWISTOŚĆ: właściwie wszystko jest tak samo. Tylko zabawniej. Może z wyjątkiem faceta, który okazuje się w chwili porodu całkiem przydatny. Zawsze możesz go podrapać, ugryźć w policzek, żeby też trochę pocierpiał lub po prostu wyzwać za to, co ci zrobił. Bo nawet jeśli na co dzień bywasz łagodna jak baranek i nie zdarza ci się przeklinać, to jednak na porodówce większość z nas zachowuje się tak, jakby lekcje pobierało u samego Liroya. Zanim ten został posłem z gładko zaczesaną grzywką ofc. Ja na przykład, kiedy przy przyjęciu do szpitala trzeba było wpisać jakiś zawód, jak zawsze w takiej chwili podałam mój wyuczony, czyli „nauczycielka”. Już po wszystkim pani doktor, która odbierała mój poród, zapytała: „To teraz przyznaj się, jakiego przedmiotu uczysz? Łaciny???”.

5. The end.

FILM: świeżo upieczona mama dostaje na ręce dorodne, sześciomiesięczne, różowe, czyściutkie niemowlę i oddycha z ulgą zupełnie tak, jakby najgorsze miała za sobą.

RZECZYWISTOŚĆ: jak jest naprawdę, pisać nie będę, bo albo już o tym wiesz, albo wkrótce sama się przekonasz :).


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? UWAŻASZ, ŻE JESZCZE KOMUŚ MOŻE SIĘ PRZYDAĆ? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:

Dodaj komentarz

30 komentarzy do "Poród w filmach vs poród w rzeczywistości"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Beti
Gość

wszystko spoko tylko co do przyjęcia do szpitala w moich przypadkach na szczęście było normalnie :D

Agnieszka
Gość
Agnieszka

Hahaha świetnie to ujęłaś! U mnie było podobnie ale inaczej – wiadomo ;)
Rodziłam w prywatnym szpitalu, więc mega czysto, wygodnie i położne były w różowym fartuchu ;)
Co do porodu to męczyłam się ok 4,5 h, finał zakończył się cc spowodowany 2-3 akcjom zagrożenia życia małego. Okazało się, że zbyt krótka pępowina nie wypuściłaby go na zewnątrz, zatrzymał się w kanale rodnym :(

Ogólna ocena porodu – hmm… 4+

Ps. Nie mogę się zalogować przez fb, dlatego muszę komentować jako gość ;/

www.kasianafali.pl
Gość

Świetnie opisane :D Zwłaszcza punkt o półrocznym, czyściutkim niemowlaczku w filmach :)

Edyta Sidor
Gość
Edyta Sidor

Półrocznego nie miałam to fakt,ale pierwsza córka była.. a właściwie nie była umazana,sami byliśmy zdziwieni ;) a że biorą półroczne do filmów to w zasadzie teraz przestałam się dziwić odkąd jestem mama,nikt chyba nie chce takich maluszków bez jakiejkolwiek odporności narażać na styczność z tabunem ludzi i bakterii…jest to jednak skrzywienie rzeczywistości ha ha…tak jak wszystkie filmy o milosci,kończą się jak ludzie zaczynają ze sobą byc,a potem już o codzienności nikt romansów nie kreci…pranie mózgu ta telewizja! ;)

Olga
Gość

Ja jestem po matematyce to pesel przez sen dyktuję :P
Pamiętam górę papierków, jedno badanie (2,5cm) i szczerze – dalej już przez mgłę :D
W trakcie porodu dzielnie powiedziałam, że wytrzymam bez środków przeciwbólowych, by 2 skurcze później wysłać męża do położnej błagać o Dolargan :) także mąż się przydaje ;) plus przypominał mi, że mam oddychać bo jakoś nie mogłam o tym pamiętać :)

asia
Gość

Oj, jakie to prawdziwe :-) pamiętam wszystko z moich dwóch porodów SN, każdy detal, baaaa, z drugiego pamiętam każdy skurcz (cholera za drugim razem boli bardziej, niż za pierwszym!). Nie klęłam podczas żadnego z porodu, za to darłam sie wnieboglosy ;) za drugim razem złapałam meza mocno za szyje, na co lekarka stwierdziła, ze zaraz mu głowę urwe haha :D
A, i taki detalik, malenkiiii, moj szpital nie praktykuje znieczulen, także tego…zapomnij że dostaniesz cos oprócz zastrzyku na rozluźnienie szyjki tudzież oksy :P

mamazpowolania.pl
Gość

U mnie poród zdecydowanie nie przypominał tego z filmów. Na pewno nie wyglądałam zbyt atrakcyjnie w pocie i krwi :) ale darlam się wniebogłosy zupełnie jak na filmach… Moja sąsiadka z sali rodziła naprzeciwko. Zapytała lekarza, czy ta pani co tak krzyczy ma znieczulenie. Odpowiedział, że nie. Na to ona:”to ja po proszę „:)

Edyta Sidor
Gość
Edyta Sidor
Miałam to szczęście,ze oba porody,mimo,ze różne przeżyłam bardzo gladko!Pierwszy ze znieczuleniem zewnatrzoponowym,gdzie przed akcja tak się wyciszylo,ze bardziej czułam się jak w hotelu niż na porodowce.Lezalam jak dupna pani na łóżku i oglądałam tv.Jak doszło do akcji nawet się nie spocilam a malutka była czysciutka i nie przypominała Kalisza ani trochę ;) Niepotrzebnie spojrzałam tylko w lustro naprzeciw mnie,gdy potwór w postaci łożyska się katapultowal!Za drugim razem nie chciałam przeżywać skurczy w szpitalu,wiec się ociągałam do tego momentu,ze położna do samego końca oklamywala mnie,ze zaraz dostanę znieczulenie,na które jak obie widzialysmy było zwyczajnie za pozno.Wtedy już było bardziej filmowo,bo nieco… Czytaj więcej »
e-milka
Gość
e-milka
Swietne. Dokladnie tak u mnie bylo – z tymze przy pierwszym torbe mialam juz spakowana 2 tygodnie wczesniej, za to chyba nie umylam wlosow (a to dlatego, ze wody mi odeszly, bez skurczyi jak pamietalam ze szkoly rodzenia mialam jak najszybciej znalezc sie w szpitalu), Przy drugim po pierwszych skurczach uswiadomionych sobie podczas kapania starszej („To juz? A ktory to miesiac?” ;))) zdazylam i spakowac torbe i wlosy umyc i bez paniki czekalam na meza po nocce (starsze spalo w domu, wiec nie mialam wyjscia). Notabene jak dotarlam z kolezanka do szpitala i naczekalam sie swoje, odeslano mnie po ktg… Czytaj więcej »
Majniaki
Gość

Czasami rodzą i jeszcze starsze. Co prawda w Australi kobieta urodziła dziecko wielkości i ciężaru mojego 2 i pół letniego syna (bagatela 18 kg), ale w filmach, to nagminnie się kolosy rodzą. Uśmiałam się trochę ;)

beatricze
Gość
beatricze

W punkt, po prostu cały wpis w punkt. A co się naśmiałam to moje :)

Joanna
Gość
Joanna

ostatnio przypadkiem włączyłam ten serial na TVN z szansą w tytule i zobaczyłam poród zbliżony do prawdziwego. Aktorka była spocona, rozczochrana, miała wypieki na twarzy i parła jak należy. Ktoś, kto pisał scenariusz chyba miał okazję uczestniczyć w czymś takim, a produkcja nie bała się pokazać „brzydkiej” prawdy.

Marta
Gość
A u mnie przyjęcie wyglądało jak w filmie moze nawet lepiej . Rodziłam w Niemczech i tam papierkowa robotę wykonuje sie miesiąc – dwa miesiące przed porodem (jedziesz te dwa miesiące czy miesiąc przed sie zameldować do szpitala ) jak przyjeżdżasz rodzic zajmują sie tobą a nie jakimiś świstkami . Mam możliwość porównanie porodu w Polsce do porodu w Niemczech , rodziłam tu i tu . W Niemczech leżałam w wannie z mężem wszyscy przemili, troszczą sie o Ciebie . W Polsce mdlałam co jakiś czas przy porodzie to wszyscy krzyczeli na mnie gdy tylko Sie ocknęła .. w Niemczech… Czytaj więcej »
papillon-shop
Gość

Świetne porównanie :)

Olala
Gość

Nie przebierałam się w obskurnej toalecie, nie było tony papierzysk, mąż był cały czas ze mna, na izbie w sumie spędziłam pół godziny, a nie kilka godzin. Nie straszmy tak przyszłych Mam.?

Tomek
Gość
Wiadomo że porody w filmach aktorskich to bzdura, ale te w rzeczywistości to wcale nie muszą być złe. Mogą być piękne i naturalne. Również można rodzić w domu. Warto zwrócić uwagę, że prawie wszystkie kobiety drą się gdy rodzą bezmyślnie, czyli chociażby parcie na siłę (często wina położnych bo tak każą) i w pozycji horyzontalnej. Mało która kobieta będzie przeklinać, być agresywna czy krzyczeć, jeśli to ona decyduje o swoim porodzie. Krzyczą te które zdają się na „pomoc” lekarzy i położnych i rodzą na plecach. A tak to nie powinno być. To kobieta powinna decydować o swoim porodzie, a lekarze/położne… Czytaj więcej »
Tomek
Gość

Porody są piękne, ale tylko te naturalne. W szpitalu to jedna wielka patologia.
Tylko 7 procent kobiet rodzi naturalnie.
Najlepsze są pozycje wertykalne, a nie horyzontalne.
Te wszystkie kobiety, które wydzierają się lub przeklinają podczas porodu to rodziły na plecach.
Również sztuczne przyśpieszanie porodu to głupota, a zarazem norma w szpitalach.

Ania Wó
Gość
Ania Wó

A już myślałam że tylko ja chcialam uciekać. Najlepiej oknem. W piżamie. W listopadzie :P

error: Content is protected !!