Mum and the city

„Pieluszka tetrowa przyczyną śmierci” i inne newsy z dupy

10 sierpnia 2017

Wraz z dzieckiem rodzi się strach. To takie uczucie, jakbyś smycz miała przywiązaną do serca, a za jej koniec pociąga twoje maleństwo. Nie muszę zresztą opisywać tych emocji dokładnie, bo każda matka zna je aż zbyt dobrze! Ty też znasz ten strach, prawda?

Podobno psy atakują wtedy, kiedy wyczują strach. No więc stwierdzam ostatnio, że człowiek niewiele się od swojego czworonożnego przyjaciela różni. Bo on też żeruje na ludzkim strachu. A na strachu matki żerować najłatwiej, bo większego świat nie zna…

DYSTANS KU*WA, BO INACZEJ WSZYSCY ZGINIEMY

To jest tak, że ogólnie uważam się za dobrą matkę. Spędzam z moimi dziećmi naprawdę mnóstwo czasu! Zabieram je na wycieczkę w poszukiwaniu tęczy, a jak przytulam, to cały świat się zatrzymuje. Zawsze, kiedy mi źle – przytulam. I kiedy mojemu dziecku źle. To też przytulam. U nas to działa lepiej od nagród, kar, krzyków czy fochów. To taki lek na wszystko, choć nie potwierdzono jego skuteczności w żadnych badaniach. W żadnym laboratorium.

Ale jest też tak, że daję sobie prawo do bycia człowiekiem. A człowiek – wiadomo, myli się, nie wszystko umie, a bywa i tak, że dzień ma słabszy, i wtedy cały czas leżałby pod kocykiem. Albo wybucha z byle powodu, chociaż wie, że nie powinien, bo to najgorzej tak wybuchać, jak nastolatka jakaś z hormonami, jak baba tuż przed klimakterium, jak moja wychowawczyni, kiedy nie umiała sobie z nami poradzić.

To jest tak, że ja wiem, kiedy niedomagam i co mogłam zrobić lepiej. Są zresztą dni, że robię najlepiej, ale są też takie, gdy zwyczajnie NIE MAM JUŻ SIŁY.

Ale co w sobie jako w matce lubię najbardziej – to dystans. Dystans ku*wa, bo inaczej wszyscy zginiemy. Nie jestem jakoś strasznie przewrażliwiona, choć czasami mi się wydaje, że jestem i patrzę wtedy na inne matki, i widzę, że jednak nie.

Moje dzieci tylko na tym zyskują, nigdy nie tracą. Basia może biegać boso po trawie i jeść, na co tylko ma ochotę. Może bez pieluszki w upale… Kostek w sumie cały jest poukładany, więc ciężko wymienić mi jakiekolwiek jego szaleństwa, bo dla niego największym szaleństwem jest jedzenie palcami na trawie zamiast widelcem przy stole.

Więc ten dystans to mnie ratuje.

MOŻE LEPIEJ… NIE WYCHODZIĆ Z DOMU?

A potem wchodzę na portal dla matek albo facebooka, gdzie wyświetlają mi się polubione blogi i jakbym obuchem w twarz dostała:

„Wizyta w zoo zakończyła się tragedią”, „Pieluchy powodują poważne rany”, „Nie wchodź do fontanny, bo złapiesz gronkowca!”, „Uważaj, na ten popularny syrop na kaszel”, „Nie bujaj, bo mózg się odklei”, „Pieluszka tetrowa przyczyną śmierci”.

Srsly???


Jechałam ostatnio przez miasto tramwajem. Z Basią uśpioną w wózku. Zasłoniłam ją przed gwarem dnia codziennego otulaczem bambusowym, specjalnym takim, do wózków, żeby spokój miała. Przewiewną szmatą. Nie było jakoś specjalnie gorąco, bo krótko przed burzą, ale zostawiłam jej z boku wózka dwie duże dziury wielkości głowy.

Patrzyli się na mnie ludzie, a zwłaszcza kobiety, jakbym wyrodną matką była. Przez ten otulacz właśnie. Jakbym dziecko swoje do piekarnika włożyła. Albo papierosa przy nim paliła, choć przysięgam – na palaczki, nawet te w ciąży, nikt tak nie patrzy!


Nie zasłaniaj wózka dziecka, bo umrze z gorąca; nie wystawiaj na słońce, bo umrze na raka. Tak źle, i tak niedobrze. Nie jedz na mieście, bo te kurczaki w toalecie płukali, nie smaż w domu naleśników, bo gluten, cukier, laktoza i jaja. A nie, sory, jaja są już zdrowe, jak się okazało :).

Ale wiesz, to takie wróżenie z fusów trochę, bo równie dobrze ja bym mogła napisać posta pt.: „Niebezpieczeństwo czai się na sklepowym regale” i opisałabym jakąś łzawą historię, że popularna pieluszka ze sklepu poparzyła dziecko mojej czytelniczki. I wiecie już pewnie dobrze, co by wtedy było? Szał ciał, lajki, szery przerażonych matek, takie w dobrej wierze, bo one myślą, że ostrzegają przed czymś STRASZNYM swoje znajome, a ja to potem widzę na moim wallu i taki niesmak czuję w buzi, takie „mleh” jak po wypiciu gorzkiej żołądkowej.

Bo to są pojedyncze przypadki wzięte pod lupę i opisane tak, jakby co drugi dzień się zdarzały. To się nazywa SENSACJA i dla dobra nas wszystkich nie powinno w ogóle być rozdmuchiwane.

Ten gronkowiec na przykład, to ja go złapałam w jeziorze. Jakieś dwadzieścia lat temu, przed erą pudelków i innych faktów, ale jakby stało się dzisiaj, to pewnie od razu zostałoby opisane i nikt by już z dzieckiem nad jezioro nie jeździł!!1 Żeby była jasność: ja nie twierdzę, że kąpiel w fontannie jest ok, choć w dużych miastach wystawiają takie zraszacze akurat na upały, też z zamkniętym obiegiem, ale chlor czuć już z kilku metrów i to nic złego, kiedy dziecko nasze sobie tam pobiega. A gronkowca złapać może absolutnie wszędzie.

Czy to oznacza, że nie powinnyśmy w ogóle wychodzić z domu?


DOŚĆ MAM TEGO STRASZENIA!

Ja wiem, bo sama kilka takich wpisów na moim blogu w ramach testu poczyniłam. No kusi, żeby trzaskać je non stop, bo wejść miałam na to z 5, a może nawet i z 10 razy tyle co zawsze! I rozumiem mechanizm, że jak jest popyt, to musi być podaż, no głupich nie sieją, dziennikarze i blogerki doskonale wiedzą, co robią ;).

Więc jedyna nadzieja jest jakby w nas, czytelniczkach internetu, że jednak się wyedukujemy i nie pozwolimy zastraszać. Że obojętnie zaczniemy przechodzić obok takich tytułów, jak: „Ta niebezpieczna substancja, której używasz na co dzień, ma fatalne dla zdrowia skutki”. I że ta smycz strachu wokół naszej szyi wcale nie będzie się zaciskać, nie będzie nam rozkazywać: „Kliknij, no kliknij! Sprawdź, jak ustrzec swoje dziecko!”.

Bo jeśli nie – to się tylko rozprzestrzeni. Jak moda na bycie fit, którą akurat popieram :).

A tego straszenia to osobiście powyżej dziurek mam! Zamiast mnie wieczorem poklepać po ramieniu, że dobrze wykonałam swoją robotę, to ja w twarz dostaję jakimś newsem z dupy, żebym przypadkiem nie odpoczęła, tylko jeszcze troszku się pomartwiła.

Więc dziewczyny, dopóki klikacie, lajkujecie, udostępniacie – to właśnie w ten sposób będzie wyglądać! Dopóki takie newsy z tylnej części ciała będą wzbudzać nasze emocje – to właśnie one będą powstawać na kolanie. Wcale nie po to, żeby tobie i twojemu dziecku pomóc, bo od kiedy to wywołanie strachu może być dla matki w jakikolwiek sposób pomocne?

To co? Mówimy razem głośne i dobitne: DOŚĆ???!

Ja tam wolę cieszyć się życiem, niż martwić na zapas ;).


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? UWAŻASZ, ŻE JESZCZE KOMUŚ MOŻE SIĘ PRZYDAĆ? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • polajkujesz go albo udostępnisz na moim fanpejdżu,
  • dasz mi o tym znać komentarzem,
  • zaobserwujesz mojego Facebooka, żeby być ze wszystkim na bieżąco,
  • dołączysz do nas na Instagramie :)
  • e-milka

    Ja to sie najgorzej boje, jak nikt nic nie mowi, bo moze ja jedna nic nie wiem. Gdzies wylala sie cysterna z pestycydami, a ja te pomidory dziecku daje. Albo test broni jadrowej, a mnie sie spacerkow zachciewa. Prawda jest taka, ze nie unikniemy 100% wypadkow. Ze kazda rzecz niemal, pozornie bezpieczna, moze zabic. Pamietam dwa glosne tragiczne wypadki z Niemiec. W rolach glownych skakanka i parasol. I pech. Gronkowcem zarazono mnie przy CC. Pech.
    F

  • Jeeeżu po tym tekście to już naprawdę Cię uwielbiam! Z tymi pieluszkami masz absolutną rację, że teraz wszyscy na to krzywo patrzą przez te durne artykuły jak dla półgłówków. A ja przez pierdzieloną parasolkę do wózka byłam o krok od tragedii, bo mi na ruchliwej ulicy spadła odwracając uwagę od starszego dziecka, z którym szłam wraz z młodszym w wózku… Nigdy więcej jej nie użyłam i nie zamierzam. Bambus to dużo lepsza osłona. Nikt normalny przecież wózków szczelnie nimi nie zakrywa. Kolejny mój faworyt z tych straszaków to wszystko co masz w aucie może zabić ci dziecko przy wypadku…
    Nie oglądam wiadomości, bo nie lubię się nakręcać. Tragedie i wypadki działy się zawsze i dziać będą. Niestety jako blogerka nie mogę opędzić się od tych straszących artykułów, które co i rusz mi się wyświetlają na fb. Już od dawna staram się nie wchodzić w takie teksty, albo tylko spojrzeć co tym razem ktoś wymyślił. Gorzej jak jeszcze moja mama bombarduje mnie newsami, które w takich miejscach wyczytała. Normalnie aż trudno od tego uciec.
    Jestem z Tobą i popieram i powstrzymam się od klikania na widok kolejnego siejącego grozę tytułu.

  • Po 4 latach matkowania przyzwyczaiłam się już, że co osoba to inny
    sposób postrzegania. To co dla mnie jest zachowaniem zupełnie
    normalnym, dla kogoś innego może być nie do przyjęcia. Ot, choćby taka,
    krótka historyjka prosto z kościoła. [jakiś czas temu] Na dworze zimno i ponuro, całą noc
    padło. Na posadzce kościelnej błoto, że nie wiadomo jak klęknąć. Wśród
    tłumu, mały chłopiec wyciera to błocko, jasnym, pluszowym kocykiem. Dla
    mnie nie do pomyślenia a dla mamy chłopca wytchnienie, że przestał
    biegać i krzyczeć tylko czymś się zajął :) W sumie zdrowe podejście,
    jeśli jej to nie przeszkadza. A ja zamiast się „lampić” powinnam była
    wziąć się za modlitwę. Amen

  • Paola

    Dokładnie wiem o co Ci chodzi. Też mnie strasznie wkurza taka gów**burza, robienie newsów z rzeczy oczywistych albo przeżywanie pierdół. Najlepsze, że te „historie” wydarzyży się „naprawdę”! Hah
    Dajmy żyć innym i nie nastawiajmy się tylko na gów**newsy, czychając tylko na błąd popełniany przez innych. Cieszmy się tym naszym życiem, w końcu mamy je tylko jedno ;)

  • madulaa

    Ja mam ambiwalentne uczucia co do takich tekstów. Czasem rzeczywiście dają do myślenia. O fontannach czytałam ostatnio i powiem szczerze, że od tej pory nie kusimy złego. Natomiast też wolałabym by tego rodzaju treści nie były sprzedawane w rytmie strasznej sensacji i za mocno podkręconych emocji… Ale szery na pewno kuszą..? Pozdrawiam, Magda z sasanki.wordpress.com

  • Wydaje mi się, że choć większość tego typu tekstów nastawiona jest na klikalność, to jest też wiele rzeczy, o których takowe traktują, a które dobrze jest wiedzieć. Z których dobrze zdawać sobie sprawę. A potem dopiero zachować zdrowy rozsądek, ale będąc świadomym. Z wyszystkiego można zrobić przysłowiowe „igły-widły”, a można też czegoś nie wiedzieć w ogóle i nieświadomie zwiększać ryzyko wystąpienia czegoś tam. Tak od razu bowiem, i na szybko, przyszły mi do głowy kleszcze i wtórne utonięcia.

    • 1. Kleszcze? Myślisz, że są ludzie, którzy nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa (dziecko trzeba obserwować, a kleszcza wyjąć)?
      2. Wtórne utonięcie? Zdarza się na tyle często, że serio, warto tym straszyć setki tysięcy matek? Ogólnie chciałabym w tym temacie usłyszeć opinię lekarza, bo to tak jak z tymi pieluszkami/otulaczami zawieszanymi na wózku – lekarze do dzisiaj nie zajęli stanowiska w tej sprawie, choć wszyscy piszą, jakie to niebezpieczne.

      Poza tym… Czy pisanie o tym cokolwiek zmieni? Przestaniemy chodzić nad wodę? Do lasu, bo kleszcze? Jeśli tak: biedne są nasze dzieci.
      Ale bardziej wydaje mi się, że to matki będą żyły w wiecznym strachu: na basenie/nad jeziorem/morzem niebezpiecznie, po basenie/jeziorze/morzu niebezpiecznie. W lesie kleszcze, na łące kleszcze, w ogrodzie kleszcze. Oczy dookoła głowy i wieczne „Uważaj! Tego nie!” nad głową dziecka, któremu de facto i na zdrowy rozsądek nic w tym momencie nie grozi, no ale „blogerka napisała”.

      A my nie jesteśmy w stanie przed wszystkim ustrzec i czas po prostu się z tym pogodzić. Żeby nie ześwirować.

      I naprawdę, siedzę w tym „biznesie” od kilku lat: to służy tylko i wyłączenie nabijaniu klików.

      • Nie, czekaj, wróć :)
        Myślą przewodnią mojego wpisu miało być zachowanie zdrowego rozsądku.
        W przypadku kleszczy, moim zdaniem, obecnie wielu rodziców (generalnie wielu ludzi) popada właśnie w taką przesadę, o jakiej piszesz. Coś im się tam obiło o uszy o kleszczach, zostało zasiane to ziarno niepewności, ale nie zgłębili tematu, tylko dali się ponieść tej fali paniki. I już jest sporo takich ludzi, co to nie pójdą do lasu, bo kleszcze. Serio, znam takich. Sama mam dom z ogrodem graniczącym z lasem i nie wyobrażam sobie, bym miała z tego nie korzystać. Miałam już kleszcze ja, miało moje siedmiomiesięczne niemowlę. I co? I nic, nadal chodzimy na spacery z taką samą częstotliwością.
        Jeśli chodzi o wtórne utonięcie – jasne, pewnie przypadki takie można liczyć na palcach jednej ręki. Niemniej dobrze wiedzieć, że coś takiego jest i jakie są tego wczesne objawy. Wolę wiedzieć to przed niż post factum ;)

        Myślę, że kluczem jest wiedza jak się zachować w danej sytuacji, a nie jak jej za wszelką cenę uniknąć – jak wyjąć kleszcza, jak zachować się w przypadku ataku psa (to pewnie rzecz dużo częstsza od wspomnianych wtórnych utonięć ;)), czy na jakie symptomy po zachłyśnięciu wodą zwrócić uwagę.

        Ale… jeśli chodzi o poruszanie takich tematów przez blogerów, to zapewne masz rację.