Mum and the city

Ochraniać czy uczyć?

12 listopada 2014

anigif

Po wejściu do naszego domu tylko zabawki porozrzucane na dywanie wskazują na to, że mieszka z nami dziecko.

Dostępu do schodów nie broni barierka. Gniazdka nie są zabezpieczone. Ostre kanty mebli również. Nie mamy żadnych gadżetów uniemożliwiających otwieranie szafek czy szuflad.

Mimo mojej „bezmyślności” dziecku nigdy nie stała się krzywda. „Do czasu!” – uśmiechacie się pewnie pod nosem.

Nie sądzę.

Kostek jest ostrożny, bo świadomy zagrożeń. Nie kombinuje przy gniazdkach, bo wie, że nie wolno. Szafki i szuflady zamyka powoli, z ogromnym skupieniem, uważając przy tym na palce. Włączony piekarnik obchodzi szerokim łukiem, tłumacząc mi: „Hyyy… Hyyy…!”. Czasami atakuje schody, ale zawsze wtedy z szelmowskim uśmiechem obserwuje mnie zza balustrady, jakby pytał: „I co ty na to mama? Co teraz zrobisz?”. Dochodzi maksymalnie do trzeciego stopnia i czeka, bo wie, że bez rodziców nie można wyżej. Zresztą, zawsze jestem przy nim i naprawdę nie wyobrażam sobie sytuacji, że wbiegłby na samą górę, a ja mogłabym tego nie zauważyć! To raz. A dwa – nawet gdyby wbiegł, to nauczyłam go schodzenia: powolutku, tyłem, na czworakach, najlepiej przy samej ścianie.

Czasami celowo pozwalam, żeby się sparzył. Dotknął kubka z gorącą kawą i poczuł, co znaczy owo: „Hy-hy”. Przyciął palca przy zamykaniu szafki, aby wiedzieć, że trzeba na nie uważać. Nabił na czole guza o kant stołu i zapamiętał, w których miejscach lepiej nie brać zbyt nonszalanckiego rozbiegu.

Kiedy moje dziecko się przewraca, nie podkładam mu poduszki łagodzącej upadek pod tyłek.

Bo nie zawsze przy nim będę. Bo niezabezpieczone schody, gniazdka czy szafki spotykamy na każdym kroku poza domem i on musi wiedzieć, że brak blokady nie oznacza: „wstęp wolny”. I dobrze, żeby wiedział również: dlaczego?

Nie przeżyję życia za moje dziecko, nawet jeśli bardzo bym chciała. Nie uchronię go przed złem całego świata. Nie nauczy się żyć tylko dzięki moim opowieściom. Nie poradzi sobie, jeśli będę go trzymała pod kloszem.

Chciałabym wychować myślącego, przewidującego, odpowiedzialnego za swoje czyny i samodzielnego człowieka. Kiedy mam zacząć, jak nie teraz?

  • figa

    Nie mamy żadnych ochraniaczy, żadnych gumek na szafkach, meble, jak stały, tak stoją, gniazdka „gołe”, jedyne zabezpieczenie to bramka na schodach. Da się żyć, mała uczy się, co wolno, a co nie. Jestem przeciwna tworzeniem „sztucznych” przestrzeni dla dziecka.

    • To tak jak ja :).
      My nad tą bramką ciągle myślimy, na bank w przyszłości na górze zabezpieczymy balustradę, bo jest niebezpieczna (można się „prześlizgnąć” dołem) i… To tyle zabezpieczeń. Kostek jest ostrożny i przewidujący, pewnie dlatego, że wie, jak dużo zależy od niego :).

  • Patrycja

    Mieszkamy w domu jednorodzinnymi na piętrze wiec tam przy schodach jest bramka. Zdarza się ze ktoś w pośpiechu jej nie zamknie ale Alex wtedy podchodzi i wola zeby ją zamknąć bo wie że tak jest bezpieczniej i gdyby jej nie było mógłby zrobic sobie krzywdę. To tyle z zabezpieczeń. Również pozwalamy mu się uczyć na błędach, wie ze kawa czy herbata jest u nas „sii”, sam sprząta zabawki i odkłada je na swoje miejsce żeby się nie potknac i nie zrobić „ała”. Gdy składam pranie on swoje odkłada do szaf i szuflad zamykając je powoli. Wie tez, ze jeśli jest na stole nóż czy nożyczki to nie wolno tego dotykać. Gniazdka wgl go nie interesują, choć dalej w razie „W” tlumacze , ze nie wolno. Zna zasady i granice, których przekroczenie grozi bolesnymi konsekwencjami. Często powalam mu na wiele, żeby sam przekonał się czy robi dobrze czy źle -wyciaga z tego wnioski. Tlumacze co jest dobre a co zle, jeśli mowie „nie wolno, bo…”- wystarcza mu to. Wychowuje syna sama i czuje ogromna dumę, ze mój niespełna dwuletni syn jest bardzo mądrym chłopcem. Oczywiście nie spoczne na laurach i dalej będę starała się go wychowywać jak najlepiej potrafię :)
    Pozdrawiam :)

  • Bardzo fajnie. Metoda – SUPER! Też jestem za tym. Ale to działa gdy dziecko nie jest nadpobudliwe i rozumie. Mój syn nie kapuje. Mamy bardzo strome schody, z dziurami między szczeblami a nasz mały jest na tyle sprawny że wbiegał na czworaka po nich już w wieku 9 – 10 miesięcy. W dodatku jest bardzo uparty i nie odpuszcza po 5 próbach odwrócenia uwagi. I możemy stać mu nad głową i gadać że nie wolno a on nie rozumie bo jest za mały. Z kominkiem tak samo. Barierka na schody zatem jest.

    • W takich momentach błogosławię fakt, że nasze dziecko zaczęło chodzić dopiero w wieku 18. miesięcy – połowę problemów miałam z głowy ;).

      • przyglądam się Waszej dyskusji i tak sobie myślę, że chyba, póki co macie Panie po jedym dziecku??? Sprawa trochę się komplikuje gdy w domu mały odkrywca nie jest jedynym a jednym z dzieci. Zwłaszcza wtedy gdy starsze dziecko potrzebuje wsparcia przy lekcjach, a młodsze ma akurat pomysł na zabawę na innym piętrze. To klasyczna sytuacja. Oczywiście męskie wsparcie jest jeszcze w pracy wówczas….indywidualne cechy i temperament też mają tu wielkie znaczenie, dlatego do opinii „chivas” mi najbliżej:)

        • A ja mam wrażenie, że te wszystkie zabezpieczenia to zwyczajne nabijanie nas w butelkę. Wmówiono matce potrzebę, matka jak nikt inny kupuje (przecież każda chce dla dziecka jak najlepiej!).

          Na zdrową logikę: co się może wydarzyć, jeśli gniazdka są zamontowane szczelnie (czyli wszędzie w nowym budownictwie?). Nic. Jeśli chodzi o zabezpieczenia na rogi mebli, dziecko najpierw nauczy się je zdejmować, dopiero potem biegać ;). Podobnie z zabezpieczeniami przeciw otwieraniu szaf i szuflad, nie mówiąc o tym, że sam rodzic dostanie w łeb, ciągle wszystko odbezpieczając, kiedy ma potrzebę po coś sięgnąć i to on jako pierwszy zwyczajnie zapomni tego użyć (zabezpieczyć) z powrotem.

          O barierce na schody nic nie piszę, bo jeszcze nie wiem, czy na pewno się bez niej obejdziemy (być może kiedyś będzie potrzeba ją zamontować, a już na pewno obić balustradę, bo jest niebezpieczna, zwłaszcza na górze). Chociaż ja żyłam w domu ze schodami – ażurowymi w dodatku, spokojnie mogłam przelecieć przez dziurę pomiędzy jednym a drugim stopniem – i wiedziałam, że muszę bardzo uważać. No to uważałam. Ba! Te schody nawet służyły za moje biurko, siadałam i rysowałam sobie, dyndając nogami nad wielką dziurą (to były aż dwa piętra w dół!).

          Kiedyś wiedzieliśmy, że „nie wolno” to „nie wolno”, a nasze dzieci nie są w stanie tego zrozumieć??? Myślę, że rozumieją (mój w każdym razie rozumiał zanim skończył rok), tylko sprawdzają, na ile mogą sobie pozwolić. Od reakcji rodzica zależy, jak zareagują na te słowa w przyszłości…

          • Ilona, z tym nabijaniem w butelke zgodze sie w wiekszosci przypadkow. Sama jak kupowalam wyprawke bylam zaskoczona iloscia „niezbednych” gadzetow ktore zbajdowaly sie na listach umieszczanych na portalach parentingowych. Mimo in ograniczylam sie do wedle mnie absolutnego minimum tak czy siak 1/4 okazala sie byc zbedna.
            Idea przedstawiona przez Ciebie jest bardzo sluszna, ale jednak nie w kazdym calu sie zgodze. Moj ma rok. Musze ustawic bramke przy schodach bo inaczej siku bym nie mogla zrobic bo maly juz by lecial ze schodow. Nie slucha sie. Mowimy mu, tlumaczymy, powtarzamy z nadzieja ze w koncu zaskoczy ake nie zaryzykuje Jego bezpieczenstwa omijajac zabezpieczenie

          • Jasne, my ciągle zastanawiamy się nad tą barierką przy schodach i uważam, że akurat ona jest często po prostu koniecznością :).

          • To naprawdę zależy od dziecka. Jak ktoś ma uległe to może się cieszyć i radzić. Ja mam łobuza któremu 15 razy powiedzieć nie wystarszy. Ostatnio wykorzystał to, ze poszłam na siku i zastałam Go „siedzącego w lodówce” i rozgniatającego sobie jajka w rączce. Cholera od trzech miesiecy powtarzam i tłumacze, ze nie wolno.

  • U nas jest tylko jedna blokada na gniazdu, do którego łatwo wlać wodę (złodziejka), poza tym większość gniazdek jest zawalona różnymi rzeczami i dziecię nie ma szans się do nich dostać (uroki bałaganu w domu). Do kuchni i łazienki ma wolny dostęp, niebezpieczna chemia schowana wysoko, póki co poza zasięgiem. U nas „nie wolno” działa jak zachęta do zabawy, staram się unikać tej frazy i nawet mi wychodzi. :)

  • aneta

    A co to za słowo „hy-hy”????

    • Takie, które moje dziecko potrafi wypowiedzieć w przeciwieństwie do wyrazu: „gorące” ;).

  • Iwona

    Czytam, czytam i zazdroszczę takich grzecznych dzieci ;) Ja setki razy mówię nie wolno i w końcu nie wytrzymuje i zabezpieczam szafki, zwłaszcza w kuchni. Zabezpieczyłam szafkę ze szkłem (dla bezpieczeństwa szkła), potem uwziął się na szafkę ze śmieciami, jak nie może otworzyć śmieci to otwiera szuflady z przyprawami i roznosi po całym domu, po omacku chwyta sztućce, bo ledwo sięga, jak nie domknę to otwiera zmywarkę, na piec mówi „gaga” czyt. gorące, ale i tak kręci pokrętłami… Odliczam dni, aż mi włączy pustą pralkę, pokrętło już opanował. W sypialni mam stolik ze szkłem, raz popukał drewnianym klockiem, a ja mówiłam „nie wolno”, teraz codziennie znajduje klocki na szafce… Nie mówiąc o sprzęcie telewizyjno-grającym, szafka wzbogaciła się o drzwiczki, bo nieustannie coś kręcił. Hasło „nie wolno” jest jak czerwone na byka, a przy tym zabawnie wymachuje palcem „nu-nu”. Rozumie wszystko, tylko na złość nie słucha…

    • Sprawdza, to naturalne, mój też sprawdza. A jak się denerwuje, że „nie wolno”, krzyczy, zżyma się… Ale cofa!

      Jednak – tak sobie myślę, czytając Twój komentarz – czy nie za dużo tego „nie wolno”?. Wtedy faktycznie dziecko obojętnieje na zakazy. Ja używam tylko w sytuacjach krytycznych: gniazdko, schody… A poza tym raczej nie… Niech sobie zagląda do tej zmywarki, co się stanie? Noży tam nie ma, myję ręcznie, bo stali i tak nie można w zmywarce. Zawartością szafki z przyprawami się bawi, bo to wielce ciekawe dla niego, podobnie jak szuflada z reklamówkami – potem razem sprzątamy, co się nabałaganiło. Albo ja obieram ziemniaki, on w tym czasie śmieci mi w koszu segreguje. Życie! Piloty, komputery, telefony – dawno opanował niemal wszystkie funkcje. Ba! Dopiero co zrzucił mojego laptopa ze stołu, więc pracuję na popękanym. Takie są dzieci… Dzisiaj zaczął kredkami mazać po stoliku kawowym, wytłumaczyłam, że po kartce rysujemy, ale zapewne jeszcze sto razy powtórzę, a on i tak porysuje pewnie jeszcze niejeden mebel, a na końcu ściany.

      Do czego zmierzam? Warto rozgraniczyć swoje strachy na te realne zagrożenia (rozgrzany, otwarty piekarnik np.) i wtedy pilnować, zabraniać, tłumaczyć. A resztą – dla własnego spokoju – za bardzo się nie przejmować, nie przewidywać nie-wiadomo-jakich-zagrożeń, pozwalać poznawać świat, niestety straty materialne czy inne bałagany są wpisane w te pierwsze lata życia z dzieckiem.

      Aha, wszelkie szkło (wazony, itp.) oraz chemię pochowałam jednak na wysokościach ;).

      • figa

        Być może wiele zależy od charakteru dziecka, bo wierzę, że każdy rodzic chce dobrze wychować swoje dziecko. Moja córka akurat słucha mnie, pozwalam jej na tyle, na ile uważam, że jest właściwie. Nigdy nie przewróciła donic z kwiatami; pozwoliłam dotknąć stygnącego piekarnika, wie już co to jest i co to znaczy gorący piekarnik. Często staram się sama sobie przypominać o, zdawałoby się błahej rzeczy, że dzieci nie rodzą się z wiedzą co jest gorące, co jest mokre itd. Skąd moja Emilka ma wiedzieć, co to jest gorący piekarnik, kiedy nigdy wcześniej nie doświadczyła „gorącego”. Podobnie z odpowiedzialnością, ponoszeniem konsekwencji itp. A gdzie tam uczenie wrażliwości, dobra i zła…

      • Iwona

        To nie jest tak, że wszystko jest na nie, ale akurat grzebanie w śmieciach czy wyjmowanie brudnych talerzy ze zmywarki wg mnie nie jest fajną zabawą. Przyprawy mu zostawiłam, choć irytuje mnie ciągły bałagan w szufladzie. Wiadomo, że przy dziecku straty materialne zawsze jakieś są, ale też nie będę beztrosko patrzeć jak zrzuca lampę ze stolika, czy roztraja sprzęt. Będę za to setki razy powtarzała „nie wolno” z nadzieją, że kiedyś zrozumie. Gniazdka odpuścił jeszcze przed roczkiem, może po tym jak wstał na nogi przestał je zauważać ;) Nie podkładam mu poduszki kiedy się przewraca, nie raz przytrzasnął palce szufladą, a mimo to ciągle tam wtyka ręce. Ostrożności brak i co tu robić?

        • Nie, to mój jednak ładnie zapamiętuje. Raz zrzucił komputer ze stołu (moja wina – zostawiłam kabel w przejściu, jechał swoim samochodem i pociągnął), od tego czasu omija go szerokim łukiem, a na widok kabla na ziemi przystaje i powoli, powolutku przechodzi nad nim.

          • Iwona

            Mój zapewne miałby frajdę i ciągnąłby kabel za każdym razem żeby zrzucić komputer :P hehe

  • zgadzam się, chociaż nie do końca. Oczywiście, że trzeba dziecku pozwolić popełniać błędy, upadać. Ale… miałam dokłądnie takie podejście jak Ty- kiedy Fifek był mały „nie upadnie, nie nauczy się”. Moje myślenie zweryfikował Brunek. Nie latam za nim, nie sprawdzam co 5 min co robi, ale bramkę na schodach mam, niektóre szafki też są zabezpieczone, bo niestety moje dziecko nie wie co to strach, leci pod pędzący samochód, biegnie jak widzi schody pomimo tego, że już raz z nich upadł, zeskakuje na główkę z kanapy, chociaż już dwa razy zaliczył podłogę ową głową. Filipek był ostrożny, Brunek to mały kamikadze który włazi na kązdy parapet, stół, wspina się po meblach. Oczywiście, że musi upaść, ale to ja odpowiadam za niego i to ja muszę uważać, czy upadając nie połamie sobie nogi lub karku… Pamiętajmy, że dziecko dziecku nie jest równe… (a Bruśka to trzeba na własne oczy zobaczyć, żeby się przekonać, jaki z niego szogun!!!!!)

    • Haha, już go sobie wyobrażam – Kochany! :*

      My mamy to szczęście, że dziecko chodzić zaczęło bardzo późno, ma już sporo oleju w głowie i jest ostrożny, żeby nie powiedzieć – asekuracyjny. Ładnie uczy się na własnych doświadczeniach i zapamiętuje na zawsze po pierwszym upadku, przycięciu palców, itp. Pewnie dlatego właśnie tak późno wystartował, bo wcześniej był gotowy fizycznie (za jedną rękę chodził już od miesięcy!), ale psychicznie nie. Bał się. Czasami – jak na niego patrzę – to mam wrażenie, że to dziecko wszystko musi mieć pod kontrolą (trochę jak jego mama ;)) – zanim upadnie, to rozgląda się, czy tutaj jest bezpiecznie i zastanawia, jaką pozycję przyjąć, żeby najmniej bolało.

  • magda

    Bosze jak ci zazdroszczę-moi chłopcy mają 5 miesięcy a ja juz myśle co trzeba będzie pousuwać jak zaczną raczkować.Ale taką chyba będę nadopiekuńczą matką ;)

    • Iwona

      Najlepiej usuwać na bieżąco co im w ręce wpadnie, a nóż czegoś nie zauważą ;)

      • Magda

        mam nadzieję,że noż im w ręce nie wpadnie ;)))))

  • Ja mam bramkę, Pulpet zamyka ją i otwiera. Wchodzi po schodach i z nich schodzi. Czasem tego nie zauważam. Nigdy nie spadł. Często woła bym go zniosła lub wniosła gdy samemu mu się nie chce.
    Palce do kontaktów wkłada. Wtyczki też. I żyje.

    • No dokładnie to próbuję od jakiegoś czasu napisać! Dzieciaki są sprytne, większość z nich pięknie umie obejść wszelkie zabezpieczenia. A i konieczność ich stosowania (na te kontakty na przykład) to w sumie taki trochę wymysł, żeby na nas – rodzicach drżących o bezpieczeństwo dziecka – zarobić, bo ja rozmawiałam z elektrykami i trzeba by tam bardzo głęboko coś włożyć, najlepiej metalowy drucik lub coś wilgotnego, żeby poparzyć się prądem. Raczej nierealne.

      I w sumie wcale nie chodzi mi o to, czy ktoś stosuje zabezpieczenia czy nie – bo każdy rodzic ma inne potrzeby i strachy, a każde dziecko inny temperament – ale żeby ich obecność nie zwalniała nas z odpowiedzialności, aby nauczyć dziecko umiejętności przewidywania i samodzielności właśnie. Że jak jest bramka, to dziecko nie musi umieć schodzić bezpiecznie po schodach. A jak meble obite pluszem, to można brać na nie rozbieg. Itp., itd.

  • Żona elektryka :)

    Technicznie rzecz biorąc, dostępnym najbardziej niebezpiecznym elementem jest prąd. Jeśli mamy w domu kontakty w dobrej kondycji i żadne kabelki nie wiszą lub kontak nie jest z lat 70tych, nie ma możliwości by dziecko włożyło tam paluszka. Otwory są zbyt małe. Jedyne zadrożenie jest gdy posiada jaki element metalowy jak gwóźdź czy drut, no ale takich chyba nie dajemy do zabawy :) Przez plastikową zabawkę się nie popieści.

  • Nie wyobrażam sobie nie mieć pozabezpieczanych gniazdek – mamy ich w domu miliony ;) nie no na serio mamy bardzo dużo gniazdek (mieliśmy 5 lat temu kapitalny remont) i wszystkie są nisko, młody bez problemu dosięga i pcha te paluchy gdzie nie wolno. Niby nic nie powinno mu się stać ale ja i tak się boję. Wolę powkładać te zaślepki. Poza tym on nie reaguje jeszcze na „nie wolno”. Albo inaczej – wie, że nie może tego dotknąć ale patrzy mi w oczy, uśmiecha się i dotyka tego czego zabraniam. Testuje mnie a ja mam ochotę wyjść czasem z siebie i stanąć obok. Piekarnik niby omija szerokim łukiem ale czasem musi, no musi choć trochę go dotknąć. Już nie reaguję, sparzy się to poczuje. Ile razy walnął głową w stół – niezliczoną ilość. Wczoraj spadł z niskiego stolika a dziś znów usiadł na samym brzegu. Kantów w meblach też nie zabezpieczam a co do szafek to te z talerzami i szafka pod zlewem z koszem na śmieci mają blokady. I oczywiście z przyprawami. Gdyby tylko mógł się do nich dobrać – musiałabym kupić nowy serwis obiadowy i sprzątać wywalone śmieci z koszarawy oraz przyp. Nie dzięki, nie mam na to czasu. Mi się wydaje, że wszystko zależy od dziecka. Moje jest bardzo energiczne, nie potrafi się na niczym jeszcze skupić, no po prostu mały szatan. Podzielam zdanie Iwony. Nie ma co porównywać dzieci, są zupełnie różne. Jedne ostrożne a drugie to charpagany :) Przy jednych nie trzeba niczego zabezpieczać a przy drugich to konieczność aby przeżyły dzieciństwo. I tyle :)

  • adam

    dziecko to nie jajko

  • Alicja

    A musi byc albo?

    Wydaje mi sie, że nie zawsze. U nas było najpierw ochraniac a potem uczyc.

    U mojej córki rozwój motoryki znacznie wyprzedził rozwój „umysłowy”. W wieku 10 miesięcy zaczęła chodzić, ale nie zaczeła jeszcze rozumiec wielu zagrożeń. Zabezpieczenia szuflad i szafek sprawdziły się świetnie – zapobiegły nie tylko upadkom przy próbach wspinania sie po szufladach, ale tez oszczędziły mój czas, bo nie musiałam sprzątac maki, cukru, itp wysypanego z szafek.

    Obecnie córka ma dwa lata i wszystkie zabezpieczenia są pozdejmowane. Po prostu dorosła do zrozumienia idei niebiezpiecznie, nie dotykaj, itp.

    Wydaje mi się, że ton Twojego postu jest mocno przesadzony – nie chodzi o albo ochranianie albo,wychowanie, ale o dostosowanie siebie i domu do ograniczeń wiekowych/motorycznych dziecka.

  • Kasia A.

    Popieram :) Jednak dawno temu dałam ‚złapać się’ na włożenie zatyczek do dwóch gniazdek (po lekturze artykułu jak trzeba zabezpieczyć dom przed dziećmi;). ale je po jakimś czasie usunęłam, bo ciągle szukałam tego ‚kluczyka’ plastikowego, którym się to zdejmuje i sama nie mogłam ich używać.
    Należy uważać z chemią i lekarstwami. lepiej żeby dziecko tego nie testowało na własnej skórze :) i gorącymi herbatami i kawami :) (tu moze jestem przewrazliwiona, ale sama sie oparzylam jako dziecko goraca woda z pralki frania, a maz jako 8/mies wylał na siebie gotujaca wode z garnka – tesciowa mi do dzis mowi, ze to byl moment jak go spuscila z oczu i ze nie moze uwierzyc ze dosiegnal do tego garnka – były to czasy, gdzie się dzieci jeszcze puszczało w chodzikach. oboje z mezem wyladowalismy po tych wypadkach w szpitalu z oparzeniami skory).
    nasz jest taki średnio asekuracyjny i dość już tych wpadek zaliczył. np mw pol roku temu spadl z gory tapczanu, bo sobie lezal na jego oparciu na gorze i przez pare miesiecy był spokoj – tzn nie wchodził tam, bo pamietał upadek, ale ostatnio zauważyłam, że znow tam poleguje ;)
    teraz mam tez taki problem, ze musze choronic mlodszego syna niemowlaka przed starszym, bo jest dla niego wiekszym zagrozeniem niz sprzet domowy :D (wystaczy na 3 sekundy ich zostawić w 1 pokoju i starszy np przykrywa młodszego poduszka lub go dusi za brzuch, zdarzylo się tez, ze przez niego skoczył (!)). choć z natury jest raczej spokojny, nie bijący się i nie zaczepny. na rodzenstwo zabezpieczeń nie produkuja :D

    • Uśmiałam się z ostatniego zdania!

      Tak, środki czystości i lekarstwa już w ciąży pochowałam wysoko – miałam silny syndrom wicia gniazda. Teraz właśnie bardzo uważam na ciepłe w kubkach, garnkach, żeby nie stawiać przy brzegu, bo mały już powoli kuka i próbuje sięgnąć :/.

      • Kasia A.

        brzmi śmiesznie, ale czasem to mi nie jest do śmiechu ;) z jednej strony wydaje mi się, że dobrze wychowaliśmy starsze dziecko i że jest na tyle rosądne, że brata nie udusi;) ale czasem jak widzę jego poczynania, to mi się włos jezy na głowie (jak by nie patrzec, to jest dopiero 4 latek i szalonych pomysłów mu nie brakuje). jak byś miała chęć i ochotę na drugie dziecko to przeczytaj sobie książkę Talko – on napisał o 2 dzieciach (pisałaś kiedyś, że go lubisz:). myślałam, że on przesadza, ze rodzice patrzą tylko cały dzień, żeby się dzieci nie pozabijały. Ale w tych jego żartach jest jednak sporo prawdy ;) choć pewnie też zależy od dzieci :)
        ps. na pewno pamiętasz Asię i Kubę, na ktorej bylismy weselu? ona spędziła ostatnio 2 tygodnie z Małym w szpitalu po oparzeniu herbata wlasnie :( choc z drugiej strony jak cos sie ma wydarzyc, to sie i tak pewnie stanie, bo dziecka nie mozna ciagle pilnowac i za nim chodzic krok w krok.

  • pestki

    Gratuluję dziecka które wszystko rozumie i jak czegoś nie wolno bo mama tak powiedziała to nie robi tego. My mamy bramkę na schodach, zabezpieczone gniazdka, ograniczniki w szufladach bo nie wolno nie wystarczy no chyba, że poczuje na własnej skórze, że nie wolno a i to nie zawsze zadziała. Dodatkowo raczej nie chciałabym żeby mój synek nauczył się, że na schody nie wchodzimy spadając z nich czy też kalecząc się nożem bo szuflada była otwarta. Co wtedy robi mama? Np. kroi marchewkę na zupę czy też jest w toalecie. Takie zabezpieczenia dają mi minimum bezpieczeństwa co w żaden sposób nie ogranicza uwagi którą poświęcam mojemu dziecku. Zabezpieczenia te też były zakładane w miarę jak moje dziecko rosło i obserwowaliśmy jak się zachowuje. Nie mam też poczucia, że moje dziecko nie jest samodzielne czy też nie wzrośnie na samodzielnego człowieka ? bo każdy maluch jest inny i róbmy to co uważany za słuszne by zapewnić mu bezpieczeństwo ?.