Mum and the city

Najlepiej cofnijmy wszystkie reformy i przesiądźmy się na bryczki!

28 października 2015

happy-kid

Ogólnie w Polsce jest tak, że co ekipa to nowe pomysły. Przyjdzie jeden i powie: „Tutaj wybudujemy osiedle mieszkalne. Takie tereny! Szkoda by było ich nie wykorzystać!”. A potem przyjdzie drugi i zdecyduje: „Takie tereny! W sam raz na oczyszczalnię!” i jebs, stawia ją tuż pod oknami ludzi, którzy na niego zagłosowali.

Każdy chce się wykazać. Ale nie na zasadzie: zrobię coś fajnego. Nie. Raczej: pokażę, jaką głupotę zrobił poprzednik.

I TAK SOBIE ZAWRACAMY KIJEM WISŁĘ

Zamiast płynąć do przodu.

Niby że to dla nas, dla ludzi jest. Są tacy, którzy wierzą. I się cieszą. Nie wiem z czego, bo my to w sumie tylko króliki doświadczalne jesteśmy. Ale my to my. Teraz królikami mają być nasze dzieci. Choć to w sumie nic nowego…

ZA GRUBY HAJS OD WIELU LAT PRZEPROWADZANA JEST REFORMA EDUKACJI

Postawili nowe budynki, doposażyli je, zatrudnili nauczycieli, otworzyli gimnazja.

Zmienili plany nauczania, podręczniki, obniżyli wymagania. Zakupili nowy sprzęt: mniejsze krzesełka, przewiesili tablice, nawet kibelki w toaletach, a razem z nimi obniżyli wiek szkolny.

A potem przyszedł nowy i powiedział: „Nie, to bez sensu jest”.

Ja się w sumie po naszych politykach niczego mądrego nigdy nie spodziewałam. Łatwo wydawać kasę, która nie jest ich. Wybudować dom, po czym stwierdzić: „Panowie! Burzymy! Nikt tu mieszkać nie będzie!”. Jakby mi ktoś dał na drugi i trzeci, to też bym się tyle razy budowała. Bo czemu nie?

Więc nie na politykach. Zawiodłam się na rodzicach.
Tak, na tobie.

NIE WIERZYSZ WE WŁASNE DZIECKO

Ale po cichu cię tłumaczę. Bo może nie wiesz, jak bardzo szkoła się przez te kilka lat reform zmieniła? Że w klasach 1-3 nie ma już ocen. Że nie ma nawet sztywnych lekcji i nikt nie każe dzieciom siedzieć przez 45 minut w ławkach. Zamiast tego nauczyciel zarządza przerwę, kiedy tylko widzi, że dzieci są zmęczone, a co kilka minut organizuje gimnastykę śródlekcyjną. Że nauka poprzez zabawę i kiedy my w czwartej klasie czytaliśmy już Mickiewicza, dzisiaj dzieci czytają wierszyki o kotkach i pieskach.

Nie dlatego przecież, że dzisiejsze dzieci są głupsze. Moje jest nawet bystrzejsze ode mnie i Piotra razem wziętych. Zwłaszcza, kiedy chce jeszcze oglądać „Teletubisie”, a mama każe iść spać. Zawsze wie, jak nas przechytrzyć i postawić na swoim! Twoje pewnie też?

Dlatego nie rozumiem, dlaczego cieszysz się, gdy ktoś do szkoły przygotowanej dla sześciolatków chce posłać (czyt. uwstecznić) twoje siedmioletnie dziecko. I przetrzymać je przez dwa lata na etapie pięciolatków w przedszkolu. Dlaczego w ogóle sama zastanawiasz się, czy tego nie zrobić?

NIE BARDZO WIEM, JAK MIAŁOBY TO WYGLĄDAĆ

Znowu zmienić podręczniki? Pod młodszych, żeby starsi się nudzili, czy pod starszych, żeby młodsi nadganiali? Prowadzić równolegle dwa różne roczniki? Czy może wymieszać dzieci sześcio- i siedmioletnie w jednej klasie? Już widzę, jacy rodzice będą zadowoleni, skoro teraz z takiego stanu rzeczy – nie są.

Najłatwiej jest z hukiem zburzyć to, co zrobili poprzednicy. Ale czy na pewno najlepiej dla nas?

Nie da się wybudować spójnej przyszłości tego kraju bez planu. Ale takiego sięgającego na wiele dziesiątek lat do przodu, a nie tylko do końca kadencji rządzącej właśnie partii.

źródło zdjęcia: srtrends.com

  • Moja córka ma dopiero 4,5 roku, więc niejako temat mnie nie dotyczy, bo przez najbliższe dwa lata to wszystko może się jeszcze zmienić i to kilka razy. Ale! W UK dzieci idą do szkoły w wielu 4 czy 5 lat w Irlandii chyba w wielu 5 lat, a u nas afera o dzieci sześcioletnie. Wiem, że nie każda szkoła jest przygotowana, sale wyposażenie itd, ale litości my jako dzieci mające 7 lat szliśmy do szkoły i nikt się nie przejmował tym, że do WC nikt nie sięga, że ławka zbyt wysoka. Moja córka chodzi do zerówki, będzie do niej chodzić 2 lata by jako dziecko mające 6 lat iść do szkoły, o ile nic nie zmienią. Po tygodniu w zerowce umiała napisać swoje imię, teraz umie napisać wiele innych słów. Chłonie wszystko jak gąbka niech się uczy póki organizm jest w najlepszym do tego wieku. Nie będę jej zabierać tych możliwości.

    • No i dokładnie tego nie rozumiem, przecież dzieci są chłonne wiedzy, dla nich to forma zabawy (przynajmniej dla mojego dwulatka czytanie książek – tak). My uczyliśmy się czytać w zerówce. Oni w pierwszej klasie.

      Co za różnica czy sześciolatki będą wykonywać to samo w czymś, co się nazywa przedszkole czy szkoła?

      • Monika

        Rzecz w tym, że jednak większość rodziców nie chce posyłać 6- latków do szkoły, my nie chodziliśmy i mamy się dobrze..więc po co było zmieniać coś co było dobre, tak jak gimbazy- po co, na co? czy ktoś chciał nas na siłę uszczęśliwiać, czy nie miał jak spożytkować pieniędzy na edukację.. a nie sorry największy problem polskiej edukacji to czy religia będzie finansowana i czy w ogóle w szkole będzie… nie to, że poziom edukacji spada na łeb na szyję a nauczyciel jest sługą rodziców i ucznia, nie wspominając już o tym, że niedługo to już nie będzie kogo uczyć. wolę jazdę bryczką

        • Po co było wymyślać szczepionki, samochody, komputery, internety?
          Tak jak było kiedyś, było najlepiej!

          I nie, powrót starych podstawówek niczego nie zmieni w kwestii poziomu nauczania :).

          • Monika

            Szczepionki to akurat drażliwy temat, nie na ten post, ale to wszystko wymyślili po coś- dla pieniędzy- koncernów i innych dużych firm, kiedyś może dla naszego zdrowia, tylko czemu ten kalendarz szczepień ciągle się wydłuża i szczepi się już w pierwszej dobie życia, kiedy tak naprawdę nie wiadomo czy dziecko jest zdrowe, po co samochody, telefony są coraz to „lepsze”, by nam się lepiej żyło, czy żebyś poleciała do sklepu po nowego I’phone, czy samochód miała z innymi bajerami? Im czegoś mniej, tym lepiej, tym się rzadziej psuje, bo to pokolenie- zepsuło się- wyrzucę. Tak jak było kiedyś, już nie wróci, co nie znaczy, że mamy iść ślepo za innymi, bo im pozornie żyje się lepiej. I nie, nigdzie nie powiedziałam, że powrót podstawówek zmieni coś w kwestii poziomu nauczania, choć może ekspertem nie jestem, chcesz posyłać dziecko do szkoły- proszę bardzo- od lat można było posłać wcześniej dziecko do szkoły…

          • Uczyłam w klasach, gdzie były dzieci starsze i młodsze (o rok). Różnica między nimi była zauważalna do końca podstawówki, a nawet na początku gimnazjum. Dlatego jestem bardzo przeciwna mieszaniu klas. To, co dobre dla siedmiolatków nie jest dobre dla sześciolatków, one są zwyczajnie na innym poziomie rozwojowym (i jeszcze długo pozostaną). Dlatego – skoro szkoły przygotowano pod sześciolatki – to sześciolatki powinny do nich chodzić.

            Jak się wprowadza reformę, czyli mówi A, to trzeba powiedzieć B. Tego mi zabrakło przy poprzednim rządzie, bo poszli na kompromis wobec rodziców, który nie służy absolutnie nikomu. Nowy rząd chce to bezmyślnie pociągnąć. Rodzice się cieszą, nie zdając sobie sprawy, że wyrządzają swoim dzieciom zwyczajną krzywdę (uwsteczniając siedmiolatki i stresując sześciolatki, które nigdy nie będą tak dobre jak ich starsi koledzy).

          • Monika

            Mnie tylko zastanawia jedno- po co było to zmieniać (6 latki w szkole) skoro trzeba było grubych pieniędzy, żeby doposażyć i dostosować szkoły, skoro tego nagle potrzebowały na ich przyjęcie? (nikogo nie zastanawia to ZMARNOTRAWIENIE) Teraz się nie rozchodzi o to, by to zlikwidować, tylko by dać prawo wyboru, jak kiedyś pisałaś w poście, każde dziecko jest inne, i ja wolę by moje wyklejało rok dłużej z bibuły niż szło z plecakiem pełnym niepotrzebnych i co rok zmienianych książek do szkoły. I na to przyjdzie czas :) Zresztą nie widzę już sensu dłuższej dyskusji na ten temat, zobaczymy jak będzie, bo jeszcze dobrze nie zaczęli rządzić a już rzesza ekspertów na blogach i nie tylko :D Pozdrawiam

          • A po to, żeby był wyraźny podział: przedszkole to zabawa, szkoła to już poważniejsza sprawa, nauka.

            Moim zdaniem stary system (z zerówką) to tak naprawdę było nie-wiadomo-co. Już musieliśmy się w niej uczyć. Już byliśmy gotowi siedzieć w ławkach (nie długo, ale jednak). Wiek sześciu lat jest idealny do nauki literek i cyfr, chcieli po prostu, żeby robiły to z dziećmi nauczycielki, a nie przedszkolanki.

          • Monika

            Przedszkolanki to nie nauczycielki? Z tego co wiem, by uczyć w przedszkolu, trzeba mieć wykształcenie pedagogiczne. Dla mnie klimat panujący w zerówce był całkowicie inny od tego, który był w szkole. To jak ktoś mądrze powiedział jest tak: jak ktoś mnie do czegoś zmusza to to nie może być dobre, inaczej nie musiałby tego robić. Teraz jest to kwestią, a poślijmy te dzieci do szkoły, bo co się stało już się nie odstanie, kasa poszła, a Panie nauczycielki muszą pensje dostać. Zgadzam się, że wiek ten jest odpowiedni do przyswajania wiedzy, ale w szkole jej tak szybko nie nabyłam, praca mojej mamy w domu była wtedy nieoceniona i zanim poszłam do szkoły czytałam i znałam tabliczkę mnożenie i nikt mnie do tego nie zmuszał, a w szkole to potem już odpytywanie było i stanie przy tablicy, choć teraz się to zmieniło ponoć, nie wiem bo w podstawówce nie uczyłam. A jaki był płacz u dzieci jak do domu „płaczącą buzkę” przyniósł, w zerówce tego nie było :P

          • Dzisiejsza szkoła zasadniczo różni się od tej, do której my chodziliśmy. To niebo a ziemia jest.

          • Monika

            No właśnie i co jest lepsze? Dobrze wiem, że się różni, bo uczyłam w szkole, różni się bo szkoła to biurokracja, programy nauczania, gonienie za nim, a nie za tym jak idą uczniowie, tylko teoretyczne dostosowanie wymagań pod każdego ucznia indywidualnie (wiemy, że jest to niemożliwe), kupa zadań domowych, których poprawności wykonania nie ma czasu sprawdzić w szkole, bo program goni, pisanie planów wynikowych- dobre sobie, rozliczanie z matury- każdy, absolutnie każdy musi zdać. Im wyżej idziemy, tym gorzej, dzieci coraz mniej, wymagania coraz niższe, absolutnie nie przez to, że sześciolatki pójdą do szkoły, tylko przez to, że dzieci coraz mniej i musieliby szkoły pozamykać i uczelnie, ale nikt nie chce stracić pieniędzy i pracy- naturalne.

      • Kasia A.

        HA! jest roznica i to duza :) w przedszkolu dzieci maja lepsza opieke i jest wiecej zabawy (zobaczysz sama, w przedszkolu pani jeszcze spojrzy jednym okiem choc czy dziecko wyszlo na dwor jesienia bez kurtki :) jest tez inne otoczenie, klimat bardziej ‚dzieciecy’, inne podejscie do dzieci. nasze dziecko chodzi do zerowki w przedszkolu, ale za rok idzie do 1 klasy do szkoly. nie zdecydowalismy sie jednak posla syna do zerowki szkolnej z podanych na poczatku powodow. jezeli chodzi o kwestie ‚nauki’ syn radzi sobie swietnie, chodzi bardziej o cale otoczenie, bo 5latki to sa jednak jeszcze dzieciuchy :)

  • Monika

    W takim razie jak wg Ciebie powinno to wyglądać, żeby było dobrze? Skoro sama na końcu piszesz, że sama nie wiesz jak to miałoby wyglądać… Ehh dlatego mamy w Polsce tak jak mamy, bo nie było planu ani tym bardziej kompetentnych ludzi, którzy potrafiliby go zrealizować, czasem trzeba wszystko zburzyć, by móc zbudować silne fundamenty, to jak z budową domu Ilona, jak fundamenty nie osiądą, to i dom lata stał nie będzie, to końcu jak z nauką, czym skorupka za młodu nasiąknie… jak nie ma silnych podstaw to choćbyśmy jak się starali to ukryć to i tak prędzej czy później wyjdzie…

  • Ja dziecia wyślę w 2017 jako sześciolatka do szkoły i już! A tak serio pisząc, likwidacja gimnazjów to nie taki zły pomysł, ale nie można tego zrobić tak od raz bez planu. Czytałam gdzieś opracowania psychologów nt zmiany środowiska w wieku burzy hormonalnej – mało komu to służy.

  • Ilona! Tak bardzo Cię dzisiaj lubię! (Nie żebym wcześniej nie lubiła ;)) Jak widzę te hurraoptymistyczne komentarze, że – czary-mary hokus-pokus – i w przyszłym roku likwidujemy gimnazja, to nie wiem czy dyskutować czy nad komentującymi płakać. Jasne, że idea może i dobra, ale tego przecież nie robi się OT TAK, zwłaszcza że poprzednia reforma gimnazjalna pochłonęła ogrom czasu, pieniędzy i zaangażowania tych wszystkich, którzy pracowali nad nią oddolnie. I doskonale pamiętam jak długie dyskusje ją poprzedzały. Obecne propozycje przypominają mi jakiś bardzo kiepski eksperyment, który nie jest poparty NICZYM INNYM jak chęcią wyrazistego odróżnienia się od poprzedniej władzy. To nie jest ani racjonalne, ani odpowiedzialne. To jest słabe. A Tobie znowu za ten wpis się oberwie ;)

    • Monika

      Wiesz, myślę jednak, ze 8 lat to było odpowiednio dużo czasu na zmiany :) Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem tylko brać się w garść i do roboty. Ale żaden to eksperyment, to coś co już było :)

      • Nie rozumiem pierwszego zdania, bo nie o tym piszę, ale ok ;) Przeprowadzenie reformy edukacyjnej w rok, na zasadzie BO TAK, to jednak jest pewien eksperyment. I nie zmienia tego fakt, że kiedyś to już było. Ps. I żeby była jasność, ne jestem przeciwniczką tego pomysłu, tylko chciałabym, aby ta reforma miała racjonalne umotywowanie i w ten sposób została też przeprowadzona.

        • Monika

          Ja bym się jednak powstrzymała przed osądami czegoś czego jeszcze nie ma, a poprzednia władza nie zrobiła nic, by cokolwiek zmienić, oprócz przymusu posyłania 6- latków do szkoły. Poczekamy- zobaczymy :)

  • Gimnazja miały rację bytu… przed II wojną światową, kiedy były wyrazem mądrości osób do nich chodzących. Bo gimnazjalista to był ktoś – jak później licealista, jeszcze później student. Teraz student to nikt. Bo nauka do 18 roku życia przymusowa, zwykle nie nauka zawodu. Może jednak czas wrócić do przekonania, że nie papier- a fach w ręku jest podstawą dobrobytu i znalezienia/stworzenia pracy? Po co komu gimnazjum, skoro i tak musi się w nim uczyć tego samego co w innych? Może zamiast tego zrobić właśnie 8-letnią szkołę, a nawet 10-letnią, a potem tylko przyuczenie do zawodu lub matury? Nikomu nie są potrzebne rzesze niedouczonych studentów, a ludzie wiedzący co chcą robić – czy to fryzjerzy, kasjerzy w dyskoncie, księgowi czy programiści!

    • Monika

      Ale niby każdy to wie, ale to wstyd iść niektórym do zawodówki (wiem, bo uczyłam), ale już magistrem na kasie siedzieć to nie, no bo co tu robić jak bezrobocie jest jednocyfrowe w Polsce :) A studentów nadal będzie masa i magistrów bez pracy, bo dzieci coraz mniej i uczelnie, szkoły biją się o ucznia, by przetrwać…

    • Ale przecież likwidacja gimnazjów nie przywróci popularności zawodówek?

      • Teraz wszyscy wychodzą z założenia, że skoro tyle lat się uczyli to trzeba lepszego papierka. Zastanawia mnie czy w czasach, kiedy gimnazja były dla elity (tej mądrej lub/i bogatej) nauczanie obowiązkowe też było do 18 roku życia… Jakoś nie wydaje mi się, że osiemnastolatek w 6 klasie nauczy się nagle i zapała chęcią skończenia jakiejś jeszcze szkoły.

  • Kasia

    A ja jestem jak najbardziej za tym żeby powrócił stary system, nie trafiają do mnie argumenty w stylu bo w innych krajach a co mnie to obchodzi jak wygląda tam edukacja ja wiem ze moją siostrą która kończyła szkołę po nowemu z gimnazjami to sama stwierdz ze poziom wiedzy jaką im kazali przyswoić była śmieszna a teraz jest podobno jeszcze gorzej żeby nie było hjstori polskiego geografi to co te dzieci się teraz uczą ani tak się słyszy ze dzieciaki nie wyrabiaja z nauką…czy za naszych czasów było źle ja jestem z rocznika 78 i uważam ze moją wiedza z czasów podstawówki i liceum bardzo mi się przydała na studiach a teraz na studiach to nie wiem czego te dzieci się uczą? ??

    • Kochana, serio uważasz, że ta pamięciówka, którą my musiałyśmy wkuwać, na cokolwiek się przydała? Czy kiedykolwiek w dorosłym życiu korzystałaś z wiedzy na temat: rozmnażania pantofelka, historii starożytnej Mezopotamii czy rodzajów skał? Kaman!

      Kiedyś wcale nie było lepiej. Teraz po prostu jest zupełnie inaczej. W dobie szybkiego internetu (w telefonie, który każdy ma przy sobie) możesz sobie wygooglować datę urodzenia i śmierci Mickiewicza. Dlatego dzieciaki już nie muszą tego wkuwać (tak jak my) na pamięć. Bo to niczemu nie służy. Liczą się po prostu inne umiejętności (często te „lekkie” jak praca w grupie czy umiejętność przygotowania prezentacji publicznej – no bo co się bardziej w dorosłym życiu przydaje? To czy znajomość daty lenna pruskiego?).

      I tak, potwierdzasz dokładnie to, o czym ja napisałam: od wielu lat program nauczania jest obniżany, bo szkoły przygotowywały się na przyjęcie SZEŚCIOLATKÓW. Pod nich wszystko to dostosowali! A rodzice chcą posłać siedmiolatki i dziwią się, że te cały rok ćwiczą szlaczki?

      • Milena

        Droga Ilono, super, że dzieci mają dostęp do szybkiego internetu, że potrafią wygooglować kied urodził Mickiewicz i kiedy był hołd pruski. Sama mam 3-latkę i cieszy mnie jak potrafi odblokować smartfon i zadzwonić do dziadków. Problem z 6-latkami polega na tym, że te dzieci zamiast, jak piszesz, zabawy i przerwy, gdy poczują się zmęczone, mają normalne 45-minutowe lekcje. Chodzą z ciężkimi plecakami i też gonią z programem, by zdążyć na czas. A co do pamięciówki kontra przygotowanie prezentacji publicznej: wybacz, ale padłam ze śmiechu. Owszem, dat można nie pamiętać, ale dzisiejsza młodzież nie wie kim był Mickiewicz, kim był Sienkiewicz, dlaczego utraciliśmy Kresy, nie potrafią obliczyć 25% ze 180 zł. Dzisiejsza młodzież nie wie dlaczego ma wolne 3 maja czy 11 listopada. Nie potrafią szukać w encyklopedii i leksykonach. I naprawdę super, że jest dostęp do Internetu i wujka Google, ale jak tego zabraknie to nie wiedzą, gdzie szukać odpowiedzi.

        • Bez przesady, aż tak źle z dzisiejszą młodzieżą nie jest, choć i za naszych czasów zdarzały się barany :).

          (nikt nie każe dzieciom siedzieć przez 45 minut w ławkach, bo – powtórzę jeszcze raz – dzisiejsza szkoła a ta, do której my chodziliśmy, to niebo a ziemia, zwłaszcza jeśli chodzi o klasy 1-3 :))

        • Agatak

          Milena kiedy osttni raz szukałaś czegoś w papierowym słowniku? Ja na studiach. Mamy pretensje do naszych dzieci, że korzystają z wikipedi, a my? Myśle, że już predzej nie będą mialy dostepu do slownika tradycyjnego niz do internetu.

          • Milena

            Agatak, często szukam, a to dlatego, że na Wikipedii nie zawsze wszystko jest dobrze opisane i zgodne z faktami. Nie mam pretensji, że dzieci korzystają z Wikipedii czy różnych stron w Internecie, bo sama korzystam. Chodzi mi o to, że często to jest jedyne źródło informacji, którego nie potrafią zweryfikować.

          • Tak, trochę tak jest. Co w internecie to święte ;). Ja często pytałam: a z jakiego źródła? Z internetu. A gdzie potwierdzone? Yyy…

            Nauczyciele tłumaczą, że w internecie może pisać każdy. Że są sprawdzone słowniki (np. PWN, do których można zaglądać spokojnie), uczą na lekcjach korzystania z papierowej wersji (która jest w każdej klasie językowej). Obawiam się jednak, że w wielu domach może jej już nie być :).

          • Milena

            Grunt to trafić na mądrego nauczyciela :)

  • Ech, masz rację – te zmiany to taka pokazówka. Mają przede wszystkim podkreślić, jak to do tej pory było źle. Przeraża mnie to jak łatwo politycy przekreślają całą dotychczasową pracę, grubą kasę wpompowaną w reformę i niszczą zamiast udoskonalać to co jest.
    Jedyne co dają nowe reformy co kadencję, to świetne wymówki w przypadku niepowodzenia – przecież tak poważne zmiany wymagają czasu, czyż nie? ;)

  • marzi84

    Tak pięknie to niestety tylko w teorii.
    Mój syn ma w tej chwili 10 lat, poszedł do pierwszej klasy jako sześciolatek (wtedy była możliwość wyboru). Też wydawało mi się, że to dobry pomysł – brak sztywnych lekcji, 30 minut nauki, 15 minut nauki (zabawy na dywanie, który leżał zwinięty pod ścianą). Problem polegał na tym, że wraz z rozpoczęciem roku szkolnego żadna z obietnic nie była dotrzymana. Czar prysł. Siedzenie w ławce 45 minut, codzienne prace domowe, a dywan ani razu nie został rozwinięty. Za to na wywiadówkach narzekanie wychowawczyni, że dzieci się nie skupiają, rozmawiają, przynoszą zabawki do szkoły itp. Fakt, poziom ciut niższy niż dla siedmiolatka i zamiast ocen punkty w skali 1-5 (czyli i tak odczytywało się jako oceny). Tylko świadectwo na koniec roku było opisowe. Pierwsza klasa ok, druga, trochę gorzej (nie najlepiej wspominam naukę tabliczki mnożenia, która synowi dosyć ciężko wchodziła do głowy, bowiem w tym wieku to jeszcze się myśli więcej o zabawie niż obowiązkach). Trzecia klasa dosyć ciężko 1, 2 „punkty” za odpowiedzi z tabliczki mnożenia… Ale i tak śmiem twierdzić, że choć nie jest tak jak miało być w klasach 1-3 to nic w porównaniu z klasą czwartą. To jak skok na głęboką wodę. Trauma. Dzieci, które lepiej lub gorzej radziły sobie przez 3 lata, nagle w czwartej klasie tracą grunt pod nogami. Ten niższy poziom, nagle zamienia się w bardzo podwyższony i nie ma zmiłuj. Od każdego przedmiotu inny nauczyciel, dużo więcej przedmiotów, z każdego codziennie ogromna ilość pracy domowej, której odrobienie zajmowało trzy godziny (a wiadomo, że niewiele jest dzieci, które same sobie z tym radzą , więc po przyjściu z pracy o 17:00 pomoc przy lekcjach kończyła się zwykle o 20.00). A gdzie czas na przygotowanie się do licznych niezapowiedzianych kartkówek czy zajęć dodatkowych. O masz, a tu jeszcze lekturę trzeba przeczytać!
    Ja wiem, że my też przez to przechodziliśmy, ale teraz sobie myślę, ze u nas nie było tak źle. Może to właśnie kwestia wcześniejszego pójścia do szkoły, przez rok dziecko na pewno bardziej dojrzewa (emocjonalnie też) i później łatwiej mu się przystosować… Może to też kwestia obniżonego poziomu w klasach 1-3, żeby w czwartej klasie uderzyć ze zdwojoną siłą… Na szczęście piąta klasa już się stabilizuje. Oczywiście są wzloty i upadki, ale jest naprawdę lepiej. I może jakby mój syn był właśnie w czwartej klasie, a nie piątej to radziłby sobie i fizycznie i psychicznie i emocjonalnie dużo lepiej.

    • 3 lata temu szkoła nie była przygotowana na wprowadzenie sześciolatków. Sama wtedy w niej pracowałam. Miałam jedno młodsze dziecko w klasie, stary podręcznik i starą listę lektur.

      Ale to jest dokładnie to, o czym piszę: twoje dziecko przeżywa niebywały stres, bo zostało wrzucone do klasy ze starszymi dziećmi. Jest porównywane z nimi (pewnie samo też się porównuje) i oceniane tak jak oni. Nauczyciele muszą uśrednić wymagania pod klasę pełną starszych i młodszych dzieci. Jedni je obniżają, drudzy stawiają wysoko poprzeczkę, żeby te starsze się nie nudziły (jak dziecko się nudzi to rozrabia i rozwala całą lekcję, więc wiadomo, którą opcję przeciętny nauczyciel wybierze ;)).

      Dlatego właśnie nie rozumiem, dlaczego rodzice się cieszą, że będą mieli możliwość wyboru? Tak jak napisałam gdzieś tam wyżej: to uwstecznianie dzieci siedmioletnich i stresowanie sześcioletnich. Klasy nie powinny być mieszane. Rok różnicy między dziećmi to dużo, są na zupełnie innym etapie i to aż do gimnazjum.

      • marzi84

        Klasa nie była mieszana – same sześciolatki. Inaczej w ogóle nie zgodziłabym się, żeby poszedł do pierwszej klasy. Problem dotyczył wszystkich dzieci i tak jak wspomniałam dopiero w czwartej klasie, gdy poziom z niższego powrócił do „normalnego”.

        • Yyy… Raczej nie. Widziałam nowe podręczniki (do języka polskiego) dla czwartej klasy. To nie jest ten sam poziom co jeszcze kilka lat temu. Ba! Nawet wtedy to nie był ten sam poziom, jaki my mieliśmy (praktycznie zero gramatyki, ortografia szczątkowo, karty pracy zamiast wypracowań, teksty odpowiadające zainteresowaniom dzieci w tym wieku: fragmenty „Opowieści z Narnii”, „Muminków”, itp. żadne tam Sienkiewicze czy patriotyczne wiersze ;)).

        • Aj, i nie daj się wkręcić w odrabianie lekcji z dzieckiem. W tym wieku naprawdę powinno robić to już samo: http://www.nishka.pl/nie-odrabiam-z-dzieckiem-lekcji/

          Nauczyciele w dobrej szkole nawet wolą, żeby dziecko zrobiło to samo (a gorzej), bo przynajmniej wiedzą, nad czym jeszcze trzeba z dzieckiem popracować. Taki jest sens pracy domowej :).

          • Monika

            hahah Ilona nie wierzę w to co napisałaś, czy Ty na serio wierzysz, że dziecko 6 letnie samo będzie odrabiało zadania (a nawet w 4 klasie) może poczekamy jak Ty wdrożysz te słowa w czyn (i przekonasz się na jakim poziomie zadawane są prace domowe). A zdanie na końcu to jakaś utopia, chyba w prywatnej szkole, bo i w takiej przyszło mi kiedyś uczyć. Ćwiczenia się robi na lekcji, a nie zadaje do domu, bo potem jeden odpisuje od drugiego, albo pyta wujka Google, albo mama pisze. Tylko nauczycielom się nie chce, poza tym podstawa goni, nikt nie sprawdza potem na lekcji czy dobrze zadanie odrobione, a nauczycielom tony makulatury do domu taszczyć się nie chce. Jak czytam to mam wrażenie, że uczyłaś w jakiejś zaczarowanej krainie :D

          • Dziesięciolatek sam sobie nie poradzi z lekcjami? A w szkole jak sobie radzi? Na sprawdzianie?

            PS Uczyłam w trzech szkołach: bardzo dobrej, średniej i bardzo kiepskiej. W każdej byłam rozliczana przez dyrekcję z tego, czy sprawdzam dzieciom zeszyty na bieżąco :).

          • Monika

            Może właśnie sobie nie radzi? Może kiepsko idzie mu pisanie spr to i rodzice chcą mu „pomóc” w odrabianiu zadań to jakoś to będzie… Dla mnie nie ma czegoś takiego jak bardzo dobra, srednia i kiepska szkoła… jakieś kryteria?

          • Tak: wyniki testów, rankingi, rejon miasta.
            Ta bardzo dobra była najlepszym gimnazjum publicznym w Pzn. (trzecie miejsce spośród wszystkich: publicznych i niepublicznych); średnia to szkoła podmiejska, która na tle innych szkół w okolicy wypadała średnio jeśli chodzi o testy po szkole, ale pracowało się w niej fajnie :), no i trzecia w najgorszej dzielnicy w Poznaniu. Dość, że rodzice przychodzili wezwani do szkoły pijani albo nie przychodzili wcale (mieliśmy też na stałe wizytacje dzielnicowego, dzieci po poprawczakach, nastoletnie prostytutki, itp.).

          • Monika

            No i trafiliśmy do sedna: rankingi, wyniki testów, to coś co liczy się w szkole najbardziej, nic więcej. U nas prawie wogóle rodzice nie przychodzili do szkoły, ale czy to świadczy o tym, że była to szkoła zła? Skoro są szkoły, które skupiają tylko i wyłącznie takich a nie innych uczniów to jakiś powód jest. Ja chodziłam do gimnazjum (załapałam się) z nawet 18 latkami, którzy teraz w więzieniu siedzą, a było to jedno z lepszych gimnazjów w mieście, taki rejon mieli no i obowiązek szkolny.

          • W żadne sedno nie trafiliśmy, bo temat wpisu jest zupełnie inny ;).

          • Na co dzień mam bliski kontakt z dwoma dziewczynkami w piątej klasie. Odrabiają zadania same. Od lat. Pomoc (pomoc, a nie odrabianie zamiast nich) miały w pierwszej i sporadycznie w drugiej klasie, głównie po to by nauczyć ich pewnej systematyczności i odpowiedzialności za swoje sprawy. Dziś, gdy mają z czymś problem zwracają się do rodzica, wiadomo. Ale są w tej kwestii bardzo samodzielne. Dodam, że jedna z nich poszła do szkoły w wieku sześciu lat. I nie, nie chodzą do szkoły prywatnej, tylko zwykłej podmiejskiej podstawówki. Nie jest to żadna zaczarowana kraina. Śmiem przypuszczać, że sedno wszystkiego tkwi jednak w postawie rodziców. Dlatego, gdy czytam takie dramatyczne i tragizujące komentarze to trochę mi słabo ;)

          • Ja uczyłam w czwartej klasie i faktycznie – jest szok. Dzieci siedmioletnie też go przeżywały. My zresztą też (do dzisiaj pamiętam pierwsze dwie kartkówki z matmy – dostałam tróje, mimo że wcześniej miałam same szóstki. Wyszło, jak dobrze umiem tabliczkę mnożenia – ale rodzice nigdy nie obwiniali systemu, nauczycieli, po prostu musiałam nadgonić ;)).

          • Monika

            Mam bliski kontakt a mam takie dziecko to wybacz, ale niebo a ziemia, ja nie jestem za zadawaniem prac domowych, bo kończy się to „pomocą” kolegi na przerwie albo wujka Google. Koniec kropka. Sama chodziłam do szkoły to wiem, sama uczyłam to również wiem, a rodzice na korki posyłają dzieci, żeby z nimi zadań domowych nie musieć odrabiać. Także tego, ja znam jednak inne realia.

      • marzena

        Tak, czytam jeszcze inna blogerke, ktora ma dwoje dzieci w szkole i ona tez zauwazyla ten sam problem. Klasa 1-3 luzik, lajcik, buzki usmieszki i same dobre opisowe oceny- czujnosc dzieci i rodzicow uspiona. 4 klasa szok! Dzieci rozleniwione, nienauczone obowiazkowosci i systematycznosci nagle rzucone na glaboka wode.
        Pamietam, ze u mnie w szkole juz w zerowce uczyli nas dyscypliny i zorganizowania (2 godziny pisania, rysowania, cyferki siedzac przy stoliku i 2 godziny zabawy-kto nie skonczyl zadania przy stoliku nie mogl sie isc bawic dopuki nie skonczyl pisania, nawet jak 2 godziny minely). W 1 klasie mialam sprawdziany z ocenami. Ok, moze nie bylo to jakies powazne sprawdzanie wiedzy a i oceny byly zawyzone, ale przyzwyczajano nas do takiego sposobu sprawdzanie wiedzy i konsekwecji plynacych z nienauczenia.

        • A to prawda, potwierdzam.

          Dla mnie jako dla nauczyciela też był szok, że dzieci w czwartej klasie nie wiedziały czy piątka to dobrze czy źle :). Nie wiedziały, co się stanie, jak nie odrobią zadania domowego (że w ogóle coś się stanie – uwaga, minus, ocena). One w tej czwartej klasie uczyły się funkcjonować w szkolnym systemie zupełnie od nowa.

  • I cóż tu dodać więcej? Skwitowałaś całą sytuację polityczną ostatnim zdaniem. Przykre jest to, że rząd nie skupia się na tym co dobre dla państwa i społeczności a na przepychaniu się ze stołków – i tu wszystkie chwyty dozwolone a najbardziej popularnym jest podważanie czyjejś racji/wiedzy/doświadczeni.

  • Zwyczajnie wybrałaś złą szkołę :).

    W pierwszej (drugiej i trzeciej) klasie nie powinno być ocen. Ani 45 minutowych lekcji. Jeśli są – chyba nie muszę tłumaczyć, jaką moc mają dzisiaj w szkole rodzice? ;)

    • jalaska

      Czy jest na to jakaś podstawa prawna? że nie może być ocen? podobno od tego roku to szkoły ustalają w swoich regulaminach, statutach itd. każda robi jak uważa. Co do wyboru…. jest teraz taki tłum dzieciaków, że dostać się do szkoły nie rejonowej graniczy z cudem niestety

      • Kurcze, byłam pewna, że absolutnie każda szkoła zrezygnowała z ocen. Tam, gdzie ja pracowałam (a pracowałam w trzech ;)), szkoła naprawdę zasadniczo różniła się od tej, którą sama pamiętam z dzieciństwa. Rozmawiałam ze znajomymi i u ich dzieci nie ma ocen (co do wymagań – bywa różnie).

        Rodzice muszą się zebrać do kupy i przypuścić szturm na dyrekcję. Najlepiej wespół ze szkolnym psychologiem/pedagogiem (on zawsze popiera takie akcje).

        http://nauka.trojmiasto.pl/Nauczanie-poczatkowe-bez-stopni-Nowa-propozycja-MEN-n81988.html

  • Wybór szkoły jest najważniejszy.
    Moje dziecko ma dwa lata, a ja za fajną szkołą w okolicy rozglądałam się, zanim w ogóle zaszłam w ciążę. Rejonowa nie wchodzi w grę. Prawdopodobnie przeprowadzimy się do tego czasu, ale tamta rejonowa też pozostawia wiele do życzenia. Mam za to upatrzoną fajną, małą (polecaną przez znajomego) szkółkę na sąsiednim osiedlu.

    Nie wyobrażam sobie posłać byle gdzie, byle najbliżej. Kurtkę dla dziecka potrafimy wybierać przez miesiąc, a szkoły już nie?

  • Kasia A.

    Przeciez do tej pory juz sa klasy mieszane lub mieszane zerowki (moja siostrzenica lat 5 chodzi z 4latkami). wiec chyba az takiego szoku nie bedzie. to nie jest tak, ze teraz rzadzi kto inny i wprowadza bałagan, bo ten bałagan już był od dawna :P

    • To też prawda i m.in. o to mam pretensję do poprzedniej ekipy rządzącej.

      Chcieli wprowadzić reformę, to powinni ją wprowadzić zdecydowanie, a oni się wystraszyli i poszli na kompromis, który nikomu nie służy.

  • Monika

    Wiesz dlaczego smuteczek się w klasie nie trafił? Bo jak moja koleżanka ze studiów dostała pracę w podstawówce, to pierwsze co jej powiedzieli na dzień dobry w nowej pracy to to, że dzieci mają mieć dobre oceny i żeby rodzice się nie skarżyli o.O, mówię autentycznie. A jedzenie w trakcie lekcji? Teraz już wiem, skąd było zdziwienie w mojej szkole, jak powiedziałam jasno i wyraźnie, że komórki mają być na lekcji schowane a o jedzeniu to nie ma mowy wogóle, ja nie jem na lekcji, oczywiście z wielkim zdziwieniem zaakceptowali, ale powiedzieli, że na innych lekcjach mogą o.O, tylko nie na niemieckim, no błagaaam, a to nie była podstawówka!

  • Wiesz o co chodzi? Jesteś zawziętą wyznawczynią PiS-u. Mojego posta odebrałaś jako atak na to ugrupowanie, a nie konkretny wpis przeciwko zagraniom polityków w ogóle. Pisząc, moje sympatie i antypatie polityczne położyłam zupełnie z boku (zresztą, ja nie mam sympatii politycznych). Ty tego nie potrafisz. Uważam, że Polski nie stać na kolejne reformy edukacji. Gdyby to chociaż reformy były! Ale nie, to zwykły krok w tył w porównaniu z tym, co się robi na zachodzie.

    PS Przypominam, że jestem w ciąży. Stosunkowo łatwo mnie wyprowadzić z równowagi. Serio, bany ostatnio rozdaję pasjami. Widzę, że chcesz być następna.

  • Natalia

    Sama chodziłam do gimnazjum i mogę potwierdzić, że ich tworzenie było straszną głupotą. W gimnazjum było powtarzane to,co w podstawówce, bo „każdy przyszedł z innej szkoły i trzeba wyrównać poziom poprzez powtarzanie tych samych wiadomości”,a z kolei w liceum znowu przerabialiśmy przez 1 klasę to,co w gimnazjum,bo problem ponoć taki sam. Więc po co tworzone były gimnazja? Żeby stracić 2 lata nauki na powtarzanie wszystkiego?
    Jednakże wiele też zależy od samych nauczycieli. Każdy może to potwierdzić, że jedni to tacy,co uczą z pasją i fajnie się do nich chodzi na lekcje,za to inni uczą nas pod „klucz” (coś,co Komisja wymyśliła) i doszczętnie zabijają w nas kreatywność. Nie ma jednak znaczenia czy idziemy do szkoły prywatnej czy państwowej, na jakimś zadupiu czy też do najlepszej w rankingach szkołach. Naprawdę różnie można trafić. Kończąc właśnie studia dowiaduję się,że z każdym rokiem jest coraz gorzej, bo progi punktowe na uczelnie są non stop obniżane, gdyż z roku na rok poziom „stanu wiedzy” młodzieży drastycznie spada. I tak jak u mnie na roku wykruszyło się tylko około 10 % studentów, tak już 4 lata później wykruszyło się około 70%. Jaki może być wniosek?
    Tak naprawdę to na rodzica spada odpowiedzialność nauki dziecka. To rodzice muszą pobudzać kreatywność dziecka, nauczyć go interesować się światem z każdej strony i polubić zaglądanie do książek ot tak, dla siebie. Jeśli sobie z tym rodzice poradzą, to żadna szkoła nie zaszkodzi dziecku. Tylko my musimy dbać o nasze dzieci :)

  • Jeszcze jedno było dobre w starym systemie: taki wychowawca (jak dostał dziecko i ono weszło w najgorszy wiek dojrzewania) znał je na wylot. Teraz nie zdąży poznać, bo trzy lata i kadra się zmienia.

    Jednak po tych 16 latach od przeprowadzenia reform (kiedy w końcu zaczęło sie z tymi gimnazjami układać) trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa. Nie wystarczy wrócić do starych porządków: potrzeba nowych podręczników i programów nauczania. Znowu pierwsze roczniki bedą eksperymentalne (skrzywdzone). Że juz nie wspomnę o kasie z naszej – podatników – kieszeni.