Life and the city

Kupiliśmy dom sprzed wojny!

12 października 2014

DSC_0734

To było moje marzenie. Mieć dom.

Jednak całe dzieciństwo miałam też inne marzenie. Uciec z małego miasta. Takiego, w którym nic się nie dzieje, poziom bezrobocia rośnie z roku na rok, a jedyną rozrywką jest siedzenie w oknie, wytykanie palcem i obgadywanie sąsiadów. Z takiej miejscowości pochodzę. Uparcie walczyłam z brakiem perspektyw, dlatego po skończeniu podstawówki codziennie o szóstej rano wstawałam i – w zimie, często przy minus dwudziestu stopniach, po ciemku – maszerowałam kilka kilometrów na autobus. Żeby dojechać do ogólniaka. Z utęsknieniem odliczałam dni, odrywałam kartki z kalendarza i wyczekiwałam matury. Żeby wyjechać na stałe. Do Poznania.

Że będzie to Poznań, wiedziałam po przeczytaniu pierwszej książki Małgorzaty Musierowicz. Miałam wtedy osiem lat, leżałam chora w łóżku i mama przywiozła mi „Dziecko piątku” z Warszawy, bo panie w księgarni tak bardzo zachwalały autorkę. To była pierwsza książka, którą przeczytałam od deski do deski, z wypiekami na twarzy. Potem tych książek było wiele, ale przed Musierowicz nie bardzo lubiłam czytać. Nie zachęcały do tego lektury szkolne („Łysek z pokładu Idy”, brrr…), dlatego jako rodzic wiem już, jak ważne jest podsunięcie swojemu dziecku odpowiedniej książki w odpowiednim czasie. Ale wróćmy do tematu!

Kilka lat później później wybłagałam brata, żeby mnie do tego Poznania zabrał i śladami bohaterów zwiedzałam miasto. Ulicę Roosevelta, Most Teatralny, Kaponierę, Park Sołacki. Wszystkie te miejsca tak dobrze znałam! Cytowałam fragmenty „Jeżycjady” i wykrzykiwałam: „Tutaj Pulpecja zjeżdżała na sankach!”, „A tędy Gabrysia szła do pracy!”. Wiedziałam, że kiedyś, na którejś z tych ulic zamieszkam. Udało się. Jak ja się cieszyłam, kiedy na studiach – na drugim roku – zamieszkałam niedaleko Parku Sołackiego! W końcu byłam u siebie…

Trzy lata później mój narzeczony (a przyszły mąż) zabrał mnie na spotkanie z pisarką. Stałam w tej kolejce koło Empiku, a wokół mnie inne dziewczyny: dzieci, nastolatki, studentki, dorosłe kobiety. Wszystkie tak samo rozentuzjazmowane. Tyle chciałam powiedzieć pani Małgorzacie: że zmieniła moje życie, że przez nią ten Poznań, kierunek studiów, ale jak to zawsze w takich sytuacjach bywało – zapomniałam języka w gębie. Grzecznie poprosiłam o autograf i spłoniona odeszłam.

Więc Poznań. Nie chciałabym żyć gdzie indziej, ponieważ całe dzieciństwo właśnie tu sobie swoje życie wyobrażałam. Co jakiś czas Piotr wspomina o wyjeździe: do Szwajcarii, San Francisco albo przynajmniej do Warszawy, ale… Nie! Tu jest mój dom.

Mimo że bez domu. Przywykłam do myśli, że już zawsze mieszkanie, bo dom w dużym mieście? Szaleństwo! Kto by to udźwignął finansowo? Mamy przecież mały ogródek, metrów też – na upartego – wystarczy, dobrze nam tak, jak jest. Jednak co jakiś czas przeglądaliśmy oferty działek, bez przekonania jeździliśmy oglądać różne miejsca. Zawsze coś! Jak cena była ok, to lokalizacja do niczego. Jak lokalizacja piękna, to cena nie do przełknięcia.

Pewnego dnia mój mąż wrócił z pracy. Kazał mi się ubrać. Zapakowaliśmy młodego do samochodu i pojechaliśmy na małe, zapomniane osiedle niedaleko centrum Poznania. Stare budownictwo, w większości ruiny. I ten dom. Sprzed wojny, z płaskim dachem. Szary niepozorny klocek, a na płocie ogłoszenie: „Na sprzedaż”. Serce zabiło mocniej.

DSC_0677

DSC_0679

DSC_0690

Umówiliśmy się na spotkanie z właścicielką. Weszliśmy do środka i… Uciekłam! To, co tam zobaczyłam, przerosło mnie. Byłam przerażona zarośniętym ogrodem, ciasną klatką schodową, zalaną piwnicą, ohydną tapetą na ścianach i jeszcze gorszą wykładziną na podłodze. Łazienka… Tego nie można nazwać łazienką! Ale już wtedy wiedziałam, że to jest nasz dom.

DSC_0738

DSC_0746

DSC_0749

DSC_0775

Bo zaczęłam patrzeć oczami wyobraźni. Tu się rozbuduje, tę ścianę wyburzy. Tapetę zerwie, a zamiast wykładziny położy piękne, duże, dębowe dechy. Odkryje czerwoną cegłę w piwnicy, zrobi drenaże. Nowe instalacje, piec, wielkie, przesuwane okna. Może jeszcze cegła w sypialni? I beton w salonie! Poza tym białe ściany, kominek i koniecznie ogromny stół, bo teraz nasza jadalnia pomieści tylko cztery osoby. Drewniany taras łączący wnętrze z ogrodem, altanka na grilla w rogu i domek na drzewie dla Kostka…

DSC_0786

DSC_0793

DSC_0801

DSC_0802

Miesiąc później podpisaliśmy akt notarialny. Kupiliśmy dom sprzed wojny! Ilekroć stamtąd wracam do naszego ładnego, nowego mieszkania, łapię się za głowę. Po co mi to? Tyle pracy! Tyle pieniędzy! Źle mi tu, gdzie jestem? Nie, bardzo dobrze. Ale to nie jest mój dom… Serce zostawiłam tam…

DSC_0709

DSC_0713

DSC_0723

DSC_0727

A marzenia są przecież po to, żeby je spełniać!

DSC_0812

DSC_0814

  • true ann

    Otóż to, marzenia są po to, by je spełniać. Gratuluję odnalezienia swojego miejsca na ziemi!

  • Ania

    o rety!! ale czad!! Trzymam kciuki! Będzie wspaniale:)))

  • Ven

    Trzymam kciuki za sprawny remont, pracy przed Wami wiele, ale zapowiada się pięknie :-)

  • Khe, khe, ja właśnie uciekłam do małego miasta, w którym nic się nie dzieje, bo to dla mnie było super życie. Nareszcie żadnych cholernych manifestacji, żadnego blokowania miasta przez taksówkarzy, żadnych protestów przed sejmem, nareszcie spokojni sąsiedzi (w Warszawie na blokowiskach jest zdecydowanie za dużo melin utrzymywanych przez opiekę społeczną) i wszystkie urzędy w zasięgu spaceru (promień – kilka kilometrów, nie trzeba jechać metrem ani autobusem). No dobra, paszport trzeba wyrabiać w Pruszkowie, ale jedzie się tam i tak krócej niż z opłotek Warszawy do centrum. Całą resztę można załatwić w drodze po bułki. Jupi!

    A domu zazdroszczę, przedwojenne mają to „coś”.

    • Małe miasteczka na pewno mają swoje plusy! Zwłaszcza małe miasteczka znajdujące się przy dużym mieście (niższe podatki ;), ale też lepiej doposażone szkoły – gminy są często bogatsze, bo nie muszą inwestować w drogi, komunikację miejską, etc., no i brak meliniarni, o której piszesz ;), bo do takich miejsc sprowadzają się głównie młode rodziny). Ale… Ja nie jestem zmotoryzowana! Do pełni szczęścia potrzebuję tramwaju za rogiem. No i muszę przyznać, że nadal nie przejadły mi się te wszystkie atrakcje wielkiego miasta (siłownie, baseny, kina, restauracje, centra handlowe), chociaż – od kiedy jestem mamą – korzystam z nich znacznie rzadziej, jednak wciąż wierzę, że kiedyś to się zmieni, prawda? W każdym razie – pomarzyć zawsze można!

      • Też nie jestem zmotoryzowana, ale mam rower. W małym mieście to podstawa komunikacji wewnętrznej. Czasem jak liczę pojazdy na skrzyżowaniu, które widzę przez okno w kuchni, to ilościowo jest niemal fifty fifty. Dwa samochody, dwa rowery i tak cały dzień. Tylko w godzinach szczytu jest więcej samochodów, ludziom się nie chce iść na dworzec kilka kilometrów (20 minut spacerem od mojego domu), albo po prostu jadą od razu do pracy samochodem.
        Kiedy studiowałam, przyglądałam się idei miast-ogrodów. Miasteczek satelickich rozmieszczonych dookoła aglomeracji. Idea zakładała intensywny ruch kolejowy zamiast prywatnego. Kilka takich miast powstało pod Warszawą, np. Podkowa Leśna czy Włochy, ale się nie przyjęło. Kolej była za kiepska, 50 lat Komuny rozwaliło transport publiczny i ciągle jest z tym źle. Dopiero obecnie idea ta nieśmiało powraca na salony. Sama mieszkam na blokowisku przyklejonym do XIX wiecznej osady fabrycznej. Nie jest to miasto-ogród, ale często jest tak nazywane, ponieważ było budowane w czasie, gdy te idee kiełkowały. I dlatego domy fabryczne są otoczone ogródkami, wzdłuż zielonej alei prowadzącej do fabryki (w typowym mieście ogrodzie aleja prowadziła do placu przy dworcu). Ale oczywiście to nie działa, gdy ludzie wolą samochód od spaceru. Jest ogromny problem z parkowaniem, choć nie umywa się do problemu Warszawy, gdzie jest 2x tyle samochodów na jednego mieszkańca niż w bogatym Berlinie. Czasem widzę nawet przed barakami socjalnymi sznur samochodów. Na komorne nie ma, ale samochód być musi, bo jeszcze ludzie pomyślo, że „biedaki tu mieszkajo”, hi hi. Rowerzystów przybywa, bo w pewnym momencie ktoś odkrywa, że rowerem jest szybciej w pracy niż samochodem (wliczając szukanie miejsca do parkowania i stanie w korku), ale to nadal raczej małomiasteczkowy środek transportu. Marzy mi się parking na kartę magnetyczną pod dworcem, taki jaki widziałam w Halle Salle w Niemczech. Tam większość ludzi ma samochody, ale na dworzec często podjeżdża rowerem i przesiada się do pewniejszego i szybszego środka transportu. Ale u nich pociągi nie mają nawet minuty spóźnienia. Jeździłam, to wiem. Inna kultura.

        • Oj tak, żeby to wszystko zadziałało, komunikacja publiczna musiałaby być bez zarzutu.

          Poznań słynie z największej ilości ścieżek rowerowych. Brat opowiadał, że ostatnio przejechał bez problemu z jednego końca miasta na drugi, takie ścieżki powstały. Rowerzystów przybywa, ale… To samochód nadal jest najwygodniejszym środkiem transportu.

          Doskonałym przykładem jest mój mąż! Do pracy ma 4 km. Przystanek autobusowy niedaleko domu, autobus zatrzymuje się tuż pod jego biurowcem. Ma też piękną ścieżkę rowerową w lesie – z domu do samej pracy. Woli jechać samochodem, bo nawet doliczając czas na szukanie parkingu czy stanie w okazjonalnych korkach (kiedy jest brzydka pogoda, spadnie śnieg albo przed świętami, gdy ludzie ruszają szturmem do sklepów), jest szybciej. Łatwiej, wygodniej. Autobus często i gęsto się spóźnia, rower nie jest na każdą pogodę. Po przeprowadzce może być problem, bo chociaż do pracy nadal blisko, to przejazd przez mega zakorkowane rondo. Prawdopodobnie wtedy dostanie ode mnie rower na urodziny (znowu będzie miał piękne ścieżki rowerowe – tu wszędzie są ścieżki ;)), ale o tym ciii…

          • W tym roku uparłam się jeździć od stycznia do grudnia i powiem Ci, że nie ma złej pogody na rower. Tylko czasem rowerzysta jest niedostosowany. Na ulewę mam pelerynkę przeciwdeszczową (taką specjalną dla rowerzysty, przykrywa kierownicę, możesz mu sprezentować razem z rowerem, i na śnieżycę też się nada), w mrozy jeździ się łatwiej niż w okolicy +1, 0, -1, kiedy jest ślizgawica. Ale wtedy i samochodem jest ciężko. Cztery kilometry to trasa akurat na rower, myślę że mogłoby być porównywalnie czasowo. Komunikacją miejską na pewno wolniej, bo autobus/tramwaj zatrzymuje się często, nawet jeśli nie stoi w korkach (pamiętam, jak się 10 lat temu zachwycałam szybkim tramwajem w Poznaniu, wtedy metro w Warszawie jeździło tylko przez pół miasta). W ogóle transport szynowy jest pod wieloma względami szybszy od kołowego, ale nie każde miasto się doń nadaje. No ale ja jestem cykloterrorystką, nawet moje dziecko jeździło w foteliku w cieplejsze dni w styczniu, lutym, marcu, najniższa temperatura -1 :)

            I tak mi się przypomniał ostatni wyścig, samochód kontra rower w Warszawie (w Łodzi też był) gdy trzeba było samochodem i rowerem przejechać z punktu A do punktu B jak najszybciej, ale bez łamania przepisów oczywiście (ograniczenie do 40-50km/h). Okazało się, że w obu przypadkach rower był szybszy, bo dało się nim pojechać na skróty przez park, czy kontrapasami po ulicach jednokierunkowych. Samochód musiał dookoła. Jak jeżdżę po mieście ulicami, często doganiam samochody, które chwilę wcześniej mnie wyprzedziły. Stoją na światłach, zwalniają na skrzyżowaniach, na zakrętach, ja jadę w miarę płynnie 15-20km/h i jestem na miejscu niewiele później niż oni (widzę dojeżdżając do dworca, jak parkują). Czasem warto tę samą trasę przejechać na próbę samochodem i rowerem ze stoperem w ręku. Być może różnica w czasie na 4 km oznacza zysk dwóch minut. A jak się policzy ile kosztuje benzyna, to pół roku jazdy rowerem może oznaczać nawet dodatkowy tydzień na Karaibach. O zyskach zdrowotnych i kondycyjnych nie wspomnę. :)

  • Kasia A

    a to mamy cos wspolnego :) tez czytalam musierowicz i mialam podobne odczucia :)
    Poznan tez kocham, chociaz teraz mieszkam na prowincji :) ale kto wie, czy jeszcze do niego nie wroce.
    gratuluje nowego nabytku, to bedziecie teraz mogli sie wykazac inwencja :) jestem ciekawa efektu koncowego:)
    duzo pomyslow, sil i pieniedzy zycze :D

    • Ja miałam raczej na myśli miejscowości-wioski ok. 5 tys. mieszkańców. Żadnego ogólniaka w mieście, żadnej dużej firmy, kilka sklepów spożywczych upadających przez Biedronkę i urząd (jedyne miejsce zatrudnienia dla wykształciuchów) pro forma :), a do najbliższego miasta daleko, daleko.

      Oj, inwencji mi nie brakuje! Architektura (zwłaszcza wnętrz) to moja pasja, przez moment nawet myślałam, że minęłam się z powołaniem ;).

  • Faszyrka

    O wow, przedwojenna kamienica to moje drugie marzenie. Zaraz po domu na wsi spokojnej. Pierwsze zrealizowałam, więc kamienica zostaje w sferze marzeń. Będę kibicować! I mam nadzieję, że będziesz się dzieliła wrażeniami z kolejnych etapów remontu.

  • Wow! Gratuluję i życzę wytrwałości w urządzaniu gniazdka :)))) Dom blisko centrum? Marzenie :)
    Musierowicz uwielbiałam, Jeżycjadę znam na pamięć i też studiowałam w Poznaniu. Tylko ja potem wyfrunęłam dalej ;)
    http://www.odkrywajacameryke.pl

    • Blisko centrum jak na odległości poznańskie, bo to wciąż jakieś 4-5 km. Ale teraz mamy dalej :). Dla mnie i tak najważniejsza jest bliskość tramwaju (z tramwajem wszędzie można łatwo i szybko dojechać – tutaj go nie mam, to wiem ;)).

  • Asia

    eeee….w Poznaniu nic się nie dzieje :D jak można lubić Poznań

  • dopiero do Ciebie trafiłam. Jeszcze nie mam dzieci, ale urzekł mnie Twój sposób pisania :) ten post zrobił na mnie spore wrażenie, bo chyba mam podobne marzenie do spełnienia .. cudowny ten dom .. :)

  • Ku zgryzocie niektórych, bo przecież teraz młodzi to się budują, a nie remontują stare cegły, mieszkam już drugi rok we własnym, starym, poniemieckim domu! I jest CUDOWNIE!