Life and the city

Familijny weekend: jak przypomniałam mężowi, co jest w życiu najważniejsze

1 lipca 2016

DSC_9571

Żyjemy w dziwnych czasach, żeby nie powiedzieć – w rozkroku. Z jednej strony atakują nas z okładek kolorowych magazynów uśmiechnięte twarze ludzi sukcesu, którzy mówią, że wystarczy wziąć los w swoje ręce i ciężko pracować, żeby być szczęśliwym, a z drugiej… W samo południe w miejskich kawiarniach siedzą faceci, którzy nieśpiesznie popijają kawę i co rano zamiast ciasno wiązać krawat pod szyją, przeczesują swoje bujne brody. Sieć aż huczy od blogów w duchu filozofii slow i radosnych historii rodzin, które porzuciły cały ten współczesny pęd na rzecz życia na wsi czy wypasania owiec gdzieś tam w Bieszczadach.

Ciężko się w tym odnaleźć. Bo człowiek chciałby mieć wszystko: pieniądze na spokojne życie, ale żeby mieć pieniądze, o spokojnym życiu raczej nie ma mowy. Pół biedy, jeśli jesteś singlem, który codziennie po pracy wraca do pustego domu, gdzie nikt na niego nie czeka. Wtedy kolejne nadgodziny bierze się co najwyżej ze szkodą dla własnego zdrowia. Gorzej, jeśli gdzieś tam w tym wszystkim czekają na ciebie dzieci. Bo dzieci zawsze wtedy cierpią…

Dla mnie znalezienie tej równowagi jest najtrudniejszym z życiowych wyzwań.

Żeby być tylko z dzieckiem, a nie być z dzieckiem i robić w tym czasie dziesięć innych rzeczy na raz. Uczę się tego dopiero od niedawna. Jeszcze w nocy – dzień przed porodem – siedziałam na łóżku na patologii ciąży i klepałam w klawiaturę. Teksty na bloga i maile do prelegentów. A potem pojawiła się nasza kochana Basia i myślę sobie, że nie bez powodu los podarował mi drugie tak wymagające dziecko. Żebym już zwyczajnie nie miała innego wyjścia i musiała się po prostu zatrzymać. Wylogować z życia. Z nią na rękach. Na kanapie, półleżąc i bujając dzień cały.

Teraz dopiero wiem, dlaczego pierwsze macierzyństwo szło mi jak po grudzie. Bo ciągle miałam wrażenie, że jest mnie za mało. Nie potrafiłam po prostu położyć się z synkiem i… Leżeć. A bo ta chusteczka rzucona na podłogę, brudna pielucha wystająca z kosza… Więc śmieci trzeba wynieść. Już, teraz, natychmiast! Bo się świat zawali cały, jeśli tego nie zrobię. I kurz na szafce, który tak bardzo przeszkadzał. Więc musiałam wstać i go wytrzeć. A potem na basen pojechać, żeby jakoś efektywnie spędzić czerwcowe słoneczne przedpołudnie. Bo tak bez celu po ulicy z wózkiem się kręcić, to nieee…

Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki w jednej z ostatnich kłótni mąż nie wypomniał mi, że jestem pracoholiczką.

A poszło o to, że to on nie potrafi się od pracy oderwać. Bo po porodzie wszystkie moje sprawy przekazałam jemu. Część maili, organizację całej konferencji. Efekt był taki, że zasypiałam sama, bo on pracował i budziłam się sama, bo telefon od rana nie przestawał dzwonić.

Przeżyliśmy wtedy jeden z największych kryzysów w naszym życiu. Napędzany moimi hormonami i jego wiecznym brakiem czasu. Czułam się, jakbym męża nie miała, chociaż był, siedział w salonie, ale z uchem przy słuchawce i nosem w komputerze.

A ja w tym czasie z dziećmi.

DSC_9530

I nikt, absolutnie nikt mnie nie rozumiał, bo to przecież takie normalne, że on ma pracę, że na życie musi zarabiać, realizować się zawodowo, a nie w przewijaniu pieluch pomagać. Ciesz się, że nie pije i nie bije – miałam wrażenie, że już zaraz, za moment właśnie takie słowa usłyszę.

Więc nikomu za bardzo nie mówiłam, co czuję. Tylko nocami, kiedy dzieci już spały, po kryjomu wycierałam łzy w poduszkę.

Ale teraz myślę sobie, że takich kobiet jak ja na pewno jest więcej. Które wiedzą jak to jest, kiedy mąż dużo pracuje. I ciągle go nie ma, bo właśnie stara się zapewnić swojej rodzinie lepszy byt, nie zdając sobie sprawy, że ona dzięki temu wcale nie będzie szczęśliwsza.

Więc kiedy tylko konferencja się skończyła, a Piotr dalej siedział w fakturach i rozliczeniach po uszy zakopany, wyjęliśmy z Kostkiem koc z szafy – taki największy – i koszyki. Spakowaliśmy nasze ulubione przekąski: owoce, świeże pieczywo i słodycze – wafelki Familijne 2GO. A potem upchnęliśmy to wszystko w aucie. Po brzegi! Stojąc w drzwiach zawołaliśmy tylko: „Tata, idziemy!”. Właśnie tak, bez planowania większego. I bez żadnego pytania.

DSC_9629

DSC_9552

DSC_9407

DSC_9419

Porwany w ten sposób Piotr nie miał już żadnej wymówki, że praca czy mecz dzisiaj i nasi przecież grają. Co więcej – właśnie tam, na tej łące odludnej pod miastem – postanowiliśmy (najpierw ja z Kostkiem po cichu, a potem już głośno chwaląc się naszymi planami!), że częściej trzeba takie rodzinne pikniki urządzać. Relaks nie przed telewizorem albo komputerem. I nie w centrum handlowym czy w Ikei, gdzie zawsze pełno ludzi i trudno być ze sobą naprawdę. Tylko weekendy z dala od wszystkich i wszystkiego.

Ale dzięki temu bliżej siebie.

DSC_9476

DSC_9513

DSC_9498

DSC_9504

DSC_9493

DSC_9489

DSC_9558

DSC_9574

DSC_9551

* Wpis zainspirowany marką Familijne

Dodaj komentarz

21 komentarzy do "Familijny weekend: jak przypomniałam mężowi, co jest w życiu najważniejsze"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
e-milka
Gość
e-milka
Chyba sie uzaleznilam, lubie tu zagladac. Wiesz co, chyba nielatwo tak przy pierwszym wyhamowac. No bo jak to ? dopiero co bylysmy tak aktywne, wszem i wobec pokazywalysmy, ze z brzuszkiem sie da wszedzie, pracowalysmy na ostatnich nogach i teraz jak? Nie chcialysmy byc ?rozlazle?, ?rozmemlane?, a teraz co? A pranie? A okna? A zadzwonic do kolezanki, ze przeciez jestesmy jak najbardziej, ciagle po tej stronie zycia, chociaz tak naprawde gdzies sie w tym juz zagubilysmy. I tak naprawde nie wiemy, kim jestesmy, ale ciagle jeszcze nie chcemy wejsc w role ?Matki Polki?, ?meczennicy?, ?kury domowej?, ?mleczarni? jak wyzywa nas… Czytaj więcej »
Agata (Cyk Cyk Studio)
Gość

Podoba mi się to, co napisałaś – że przy pierwszym to przez to zagubienie tak nie potrafimy wyluzować. Ja też nie umiem poprosić, by dziadki na spacer wyszły z dzieckiem, albo żeby mąż umył naczynia przed pracą czasem, bo mi – mimo że „siedzę” w domu, bo pracuję częściowo w domu – czasem się zwyczajnie nie chce!

salus salus
Gość
salus salus

Lubie te ciacha.. jestem od nich uzależniona;);)
a dodatkowo uwielbiam tak beztrosko spędzone chwilę!!

karjola
Gość
karjola

Patrzę na pierwsze zdjęcie i myślę:a gdzie Basia? Moja druga myśl: pewnie robi zdjęcie ;) No innego wyjścia nie ma: ktoś wam te zdjęcia musiał robić :D

Opinie_Mamy
Gość
O tak, takich matek jest więcej! :) Chociażby JA, bo to tak jakbym czytała o sobie, choć drugie dziecko mi się jeszcze nie urodziło ;P Ale tak, ja też tak niestety mam – kilka srok za ogon łapię, chcę być jednocześnie z dzieckiem, ale jeszcze tylko naczynia do zmywarki włożę, odkurzę, bo wszędzie sierść psa widzę, no i przecież pranie trzeba nastawić…. A starsza córka tylko pyta: „Mamo, długo jeszcze mam czekać? Już przygotowałam puzzle…..miałyśmy układać…” Ciężko się tak przestawić na tryb „slow”, kiedy człowiek ciągle gdzieś w ciagu dnia pędzi… Ale staram się, czasem wychodzi mi to lepiej, czasem… Czytaj więcej »
mamowato
Gość

Wpis przepiękny – i pięknie zaplotłaś nogi na pierwszym zdjęciu, chwilę mi zeszło, która jest która ;)

Malwina
Gość
Malwina

Piękne zdjęcia!

Milka
Gość

Zazdroszczę weekendu!!
Przeczytalam dopiero dzisiaj, ale za tydzień sama spakuję koc i zabieram rodzine na wycieczke.

Ola U.
Gość
Ola U.

Ja mam chyba jeszcze gorzej, bo mój mąż pracuje za granicą przez co jestem praktycznie sama z trojka dzieci.

Karolina Zagórska
Gość
Karolina Zagórska

Byłam niedawno na rowerze z rodziną, najmłodsze dziecko w foteliku z tyłu co za frajda! Zabralismy te wafelki, miały się nie kruszyć (aha), ale fajnie, że są pakowane pojedynczo i bez czekolady to sie nam przynajmniej nic nie stopiło.

Też jestem za tym żeby jak najwiecej czasu zwlaszcza tego wolnego jak weekendy i urlopy spedzac razem z rodziną. Fajnie to napisałaś.

M.M.
Gość

A ta torba z gwiazdą skąd?

beb
Gość

Śliczne zdjęcia! :-)

Natalia
Gość

I dlatego nazwałam się „Slowmummy”, co więcej wyhamowałam nie tylko po urodzeniu dziecka, ale wyhamowuje nadal, kiedy mała ma już 2 lata. Coraz częściej łapie się na tym, że jej wystarczy kopara z Tigera, balkon i kawałek piasku do zabawy, a nie cała plaża, jak mi się jeszcze kilka miesięcy temu wydawało ;-)