Mum and the city

Dla kogo wychowujesz swoje dziecko?

23 kwietnia 2015

DSC_0446_1

Jest takie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie, które warto sobie zadać, kiedy zostajesz rodzicem.

I nie, nie dotyczy ono wcale koloru wózka czy wielkości wanienki, czyli tego, na czym skupiamy się najbardziej, kiedy dowiadujemy się, że w naszym ciele bije serce. Nie tylko nasze serce.

Gdybyśmy sobie to pytanie zadały za każdym razem, kiedy zaliczamy macierzyński fuck up, czyli w sytuacji, w której nasze drugie serce tupie nogą, rzuca się na podłogę, przynosi ze szkoły jedynkę lub pluje innemu dziecku w twarz – wiedziałybyśmy, jak zareagować.

A często przecież nie wiemy. Jesteśmy zagubione nie mniej niż nasze kilkulatki.

Bo poradniki jedno, inne matki co innego, internety swoje, a Superniania swoje. Oszaleć można!

No właśnie… A dla kogo tak naprawdę to dziecko wychowujesz?

DLA SIEBIE

DSC_0460_1

Czyli zgodnie z tradycją, a jak wiadomo: tradycja nie jest zła. Najczęściej.

Sama zostałam wychowana w ten sposób i podejrzewam, że większość mojego pokolenia również. Jeszcze do niedawna dzieci miały być przede wszystkim czyste, ciche i grzeczne.

Dzieci i ryby głosu nie mają.
Słuchaj starszych.
Nie dyskutuj.
Powiedziałem!
Nie.

Dzieciństwo obwarowane zakazami i nakazami. Raczej o sobie nie decydowaliśmy, co oczywiście wynikało z troski, a nie z czystej złośliwości naszych opiekunów. No bo skąd taki maluch ma w ogóle wiedzieć, co jest dla niego dobre? Przecież rodzic wie lepiej, jaka jest pogoda i czy ubrać grubszą czapkę czy jednak przepaskę! Zresztą, kto by tam miał czas, żeby z synem/córką dyskutować?!

Z dziecka, które nie miało prawa głosu, wyrasta dorosły, który tego głosu nie zabiera. Skromny, ale też niepewny własnej wartości i wycofany. To te wszystkie ludziki, które idą głosować tak, jak gazety każą i drżą pod amboną w czasie niedzielnego kazania. Nie biorą spraw w swoje ręce, bo przywykły, że to inni nimi kierują. Nie walczą o swoje, bo zostały nauczone, że taka walka nie ma najmniejszego sensu. Każdy bunt, czy też próba wyrażenia własnego zdania, był przecież dławiony w zarodku. Dzieci wychowywane przez rodziców dla nich samych miały przede wszystkim nie sprawiać problemów.

Te dzieci dzisiaj zostają ofiarami mobbingu, bo nie potrafią powiedzieć szefowi (a więc autorytetowi, osobie bardziej doświadczonej): „Nie” – w końcu zostały wytresowane do ślepego posłuszeństwa.

DLA NIEGO SAMEGO

DSC_0464_1

Dlatego coraz częściej pokazujemy fucka naszym kochanym staruszkom i tam, gdzie możemy, robimy po swojemu. Wychowujemy znaczy się. Inaczej.

Na moich oczach rośnie pokolenie, które nie zna słowa: „Nie”. Panicznie boimy się podkopać jego wiarę we własne możliwości, więc kiedy nasz maluch robi wielkie oczy i usta w podkówkę, to choćby srał pod siebie, będziemy bić mu brawo. Dzisiaj zdanie przedszkolaka to świętość – w końcu kiedy ma się nauczyć decydowania o sobie i ponoszenia konsekwencji za własne czyny? – więc nawet jeśli zapragnie zrzucić ze skarpy swój nowy rowerek, to… Niech rzuca! W końcu to jego rowerek i rodzicowi nic do tego. Nawet jeśli to on słono za niego zapłacił…

Kiedyś świat dziecka kręcił się wokół dorosłych – dzisiaj to my tańczymy tak, jak najmłodsi nam zagrają. Umiejętność stawiania na swoim, tupania nogą, głośnego wyrażania własnych emocji zamiast spalania się nimi od środka jest w cenie. A co sobie inni pomyślą (że gnojek, samolub i w ogóle najlepiej szerokim łukiem) to już nie naszego dziecka sprawa. Przecież to jemu ma być dobrze, prawda?

DLA SPOŁECZEŃSTWA

DSC_0451_1

Bo jak wiadomo, świat potrzebuje ludzi myślących, pewnych siebie, silnych.
Ale też empatycznych i szanujących drugiego człowieka.

Mówisz czasami swojemu dziecku co czujesz, kiedy ono Cię za rękaw ciągnie i piszczy, że już, teraz, koniecznie i w tej chwili? Czy rzucasz wszystko jak stoisz, bo woła? Pozwalasz mu ukręcać głowę nowej lalce, czy zdajesz sobie sprawę, że tak samo może ją ukręcić (już nie swojej) lalce w przedszkolu?

Nie musisz się poświęcać, żeby wychować pewnego siebie człowieka. Nie możesz jednak nadużywać swojej władzy.

Dlatego zawsze, zanim zareagujesz na to, co Twój skarb właśnie wymyślił, zadaj sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: „Dla kogo go wychowuję?”.

Zabraniam, bo tak mi wygodnie (i będę mieć mniej prania ;))?
Czy interweniuję, bo inaczej stanie się komuś krzywda?

  • MamaWojtusia

    No tak i jak zwykle rodzic jest takim guru i musi wszystko wiedzieć. Dziecię musi umieć zadbać o swoje potrzeby, ale też musi zadbać o to żeby społeczeństwo o niego dbało, czyli być grzecznym. Ale jak wychować grzeczne dziecko, które nie pozwoli sobie wejść na głowę? Też się zastanawiam…
    Sytuacja z życia: dziecko moje zjeżdża ze zjeżdzalni (i chodzi po drabinkach, a o zgrozo ma dopiero 21 mies., ale dumna jestem), i to moje dziecko chce zjechać, a na dole inne dziecko bawi się i sypie piaskiem na zjeżdżalnie, na prośbę żeby odszedł na chwilę, bo chcemy zjechać, on mówi NIE, bo ON się teraz tu bawi. Doszliśmy do konsensusu, że złapie mojego tak żeby nie zepsuł piaskowej budowli, tak było i po sprawie. Ale jak wytłumaczyć dziecku mojemu, że nie wolno bawić się/ sypać na zjeżdżalnie kiedy inne dzieci chcą zjeżdżać, skoro inne dzieci tak robią?

    Zapowiada się ciekawy sezon placozabawowy, bo dziecię bardziej aktywne i będzie musiało konfrontować się z innymi dziećmi :)
    Moja zasada to wyznaczać granicę, mówić co wolno, a co nie, asekurować, ale pozwalać działać samemu. Np. dzisiaj wysępił od jednej mamy na placu chrupki, pokazywał palcem na mnie i mówił mama (w sensie mama podziękuje/zapłaci/odda?) nie wiem, ale podjadł chyba z pięć ;)

    • Ja bym to podkreśliła: „Dziecię musi umieć zadbać o swoje potrzeby, ale też musi zadbać o to
      żeby społeczeństwo o niego dbało, czyli być grzecznym. Ale jak wychować
      grzeczne dziecko, które nie pozwoli sobie wejść na głowę?” – to jest chyba największy problem, przed którym stoi współczesny rodzic. Ja na pewno!

    • A dlaczego nie można sypiać piachem na zjeżdżalnię? Co w tym złego? Moja potrafiła dupskiem w błoto wjechać po deszczu po mokrej zjeżdżalni. Tak, miała mniej niż dwa lata, sama wlazła po drabince. I co, miałam jej zabronić? Sama za nią zjechałam, bo mi kazała. Nawet nie było tak strasznie. :)

      • MamaWojtusia

        Wiadomo im bardziej brudne dziecko, tym bardziej szczęśliwe. Jestem za. Nie chodziło mi o to że się pobrudzi. Tylko zakładając, że zjeżdżalnia jest do zjeżdżania dziecko wchodzi żeby zjechać i napotyka chłopca, który blokuje zjazd siedząc i sypiąc piasek. Jak wychować swoje dziecko, ma powiedzieć „o zrobiłeś stolik ze zjeżdżalni to ja poczekam aż skończysz się bawić”, czy „chcę zjechać, mógłbyś się odsunąć”? I co mówić kiedy własne dziecko jest tym „przeszkadzającym”? Ehh wszystko przed nami, sezon rozpoczęty.

        • Moim zdaniem należałoby pozwolić zjechać i zobaczyć, co się stanie. Wpadnie na chłopca – dobrze, będzie wiedzieć, że można w ten sposób kogoś kopnąć. Chłopiec na dole zrozumie, że zabawa przy zjeździe ze zjeżdżalni to proszenie się o guza. Same plusy. To co mówią rodzice – dzieci jednym uchem wpuszczają, drugim wypuszczają. Natomiast genialnie uczą się od siebie nawzajem dzięki interakcjom. Że czasem dochodzi do lekkich rękoczynów i awantur, normalne. Tak się poznaje prawdziwych przyjaciół z piaskownicy. :)

      • Kasia A.

        Bo zjezdzalnia sluzy do zjezdzania jak sama nazwa wskazuje, a nie do zabawy piaskiem :p od tego jest piaskownica :P albo teren obok zjezdzalni :P

  • A to prawda, nie zaznaczyłam, że nie wszyscy, bo jeszcze charakter odgrywa tutaj kluczową rolę. Ja i mój brat byliśmy na przykład wychowani w ten sam sposób: ja nie potrafię dyskutować z autorytetami i mam niską samoocenę, on za to jest bardziej jak dziecko wychowywane współcześnie. Czyli zawsze wie lepiej i potrafi o siebie doskonale zadbać.

    Ale widzę, że mój syn ma mój charakter, więc muszę się bardzo starać, żeby go podbudowywać, nie tłamsić, bo to (nad)wrażliwe dziecko. Stosując wychowanie z pkt. pierwszego bardzo bym go skrzywdziła. Nie chcę jednak wychowywać według pkt. 2, dlatego szukam, wciąż szukam idealnego rozwiązania.

  • Staruszki mi niestraszne. Często mają więcej rozumu od współczesnych rodziców. Jeśli daję fucka, to właśnie rodzicom helikopterom, którzy wpadają w panikę, gdy dziecko siedzi w literę w, ma brudne ręce, zje kawałek ziemi czy liścia, walnie kolegę łopatką lub tamten odepchnie się sypiąc piaskiem/ Dziś widziałam, jak dziesięcioletnia dziewczynka nie mogła się bawić na drabinkach, bo matka straszyła ją połamanymi rękami. To dla kogo u diabła jest ten plac zabaw? Dzisiejsi rodzice są straszni, upierdliwi, przewrażliwieni i wręcz z histeryczną obsesją na punkcie własnego potomstwa. Naprawdę wolę stare baby plotące różne bzdury o odpieluchowaniu czy byciu grzecznym. Są o niebo bardziej wyluzowane ;)

    • O tak, przewrażliwieni, coś o tym wiem, bo sama walczę z tą bestią każdego dnia ;).

      No ale bez przesady, żeby straszyć dziesięciolatkę zjeżdżalnią na placu zabaw. Ja Kostka delikatnie popycham w kierunku zjeżdżalni z drabinkami, ale on taki jest, że boi się sam (nie wiem, na ile mam w tym swój udział) i niestety – trzeba go asekurować (inaczej całkowicie rezygnuje z zabawy), choć inne dzieci w jego wieku już śmigają :(.

      • Drabinkami z lin. Generalnie za moich czasów dzieciaki siedziałyby na samej górze i skakały w dół. Ośmioletnie. A teraz dziesięciolatki mogą korzystać z placów zabaw tak, jak my za czasów przedszkola. Pa ra no ja. Co innego kiedy dziecko się boi, co innego, kiedy leci i nie patrzy, ale trzymanie pod kloszem upośledza rozwój ruchowy. Nasza z gatunku wyrywnych, od małego ją asekurujemy, żeby nie zleciała, ale nadal pozwalamy. I ona naprawdę nieźle sobie radzi, choć poobijana strasznie, bo czasem się potknie, albo rąbnie głową w barierkę. Trochę płaczu i przy następnym biegu już pamięta, gdzie jest pałąk. To samo z nową zjeżdżalnią. Pierwszy raz zleci na ręce, drugi na pupę, trzeci na nogi. :)

        • No to nasz jest przeciwieństwem, bo to mały asekurant, na palcach jednej ręki mogę policzyć jego wywrotki ;) pewnie dlatego, że musi czuć się pewnie, zanim coś zrobi i jeszcze pół godziny analizuje przed atakiem, a potem dziesięć razy się cofa ;).

          Ale dzisiaj wszedł i zjechał już sam (poznał miejsce), więc jestem mega dumna :).

          • Paliłabym dziękczynne kadzidełka na Twoim miejscu. Moja z tych, co biega szybciej niż myśli, skutki opłakane. Jeden guz nie zejdzie, pojawiają się trzy kolejne. Jedyny plus, że już umie się bezpiecznie wywracać, nie leci na twarz, tylko na kolana i łokcie.

          • Haha, Kostek od początku zanim się przewrócił, rozglądał się, czy tutaj można (czy bezpiecznie) ;).
            Tak, wiem, specyficzne dziecko ;).

  • Szlag, przynosiłam piątki, a i tak musiałam siedzieć i się uczyć. Oszukali mnie! ;D

    • Nie jesteś sama, mnie też tak podstępnie oszukali :P Takie właśnie czasy były :)

  • Kasia A.

    Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi, po trochę dla każdego czyli ze zdrowym rozsądkiem. My dajemy synom wolny wybór (w takich granicach na jakie pozwala wiek), ale mamy przez to ciągle w domu dyskusje. Bywa, ze chciałabym wychować dzieci w tzw. trybie wojskowym, czyli rodzic mowi, dziecie wykonuje ;) Na pewno u nas obowiązują zakazy (czyli jest i obecne NIE), ale też dzieci moga liczyć na to, ze w kazdej sytuacji zostaną wysłuchane i ich głos zostanie rozważony.

  • Ja mogę wypowiedzieć się z tej drugiej strony – jeszcze nie matki, ale wciąż dziecka. W zachowaniu moich rodziców zdecydowanie przeważało wychowywanie mnie i mojego brata dla Nas samych. To chyba największy powód, dla którego będę im wdzięczna do końca życia. Najśmieszniejsze jest to, że przecież w tych najmłodszych latach jesteśmy zdani na intuicję Naszych rodziców, bo przecież kilkulatek (chyba) nie jest w stanie powiedzieć: „Nie wychowuj mnie tak”. Myślę, że pytanie, którym trafnie nadałaś tytuł powinno pojawiać się w głowie matek wiele razy, ale potwierdzę to jak już sama zostanę mamą. :)

  • Jeszcze daleko mi do zostania matką, ale mam dwie młodsze siostry, które są totalnym przeciwieństwem. Jedna spokojna, nieśmiała, rzadko podnosząca głos, zaś druga istny diabełek, wrzeszczy, tupie i wszędzie jej pełno. I to nie tak, że zostały inaczej wychowane, tylko brak mamy w pewnym etapie jedną wychował tak, a drugą tak. Tak patrzę na ich zachowanie i zastanawiam się już, teraz, jakie ja będę miała przed sobą wyzwanie, gdy już tą matką zostanę. A jak spojrzę na te dzieci, które są w gimnazjum to łapię się za głowę i nie wiem co powiedzieć, tak to wszystko beznadziejnie dąży do wyniszczenia psychicznie rodziców… Mam brata w tym wieku i to jest istna masakra…

    Tak swoją drogą, śliczny synek. No i oczywiście ładna mama :D