Mum and the city

Bycie matką to wyzwanie

24 sierpnia 2014

DSC_0018

DSC_0019

W dzisiejszych czasach bycie matką to prawdziwe wyzwanie. Mało kto o tym mówi, bo panuje przekonanie, że kiedyś było trudniej. Te pieluchy tetrowe, jedzenie na kartki, brak wynalazków ułatwiających macierzyńskie zmagania z rzeczywistością: począwszy od nawilżanych chusteczek, poprzez elektroniczne laktatory, podgrzewacze, odkażacze, a skończywszy na ultranowoczesnych wózkach do zadań specjalnych. Moja mama do dzisiaj opowiada, że jak urodziła pierwsze dziecko, przez pierwsze miesiące nigdzie nie mogła znaleźć żadnego pojazdu, w którym mogłaby wozić malucha na spacer. Kiedy w końcu rzucili wózki do sklepu, brała, nie patrząc na kolor, wagę, amortyzację, wielkość kół czy skrętność. I cieszyła się, chociaż wózek był ohydny i bardzo niewygodny.

A jednak nawet ona zgadza się ze mną, że kiedyś było po prostu łatwiej. Czy to przez mniejszą świadomość, a może brak presji ze strony otoczenia? Macierzyństwo traktowano naturalnie, a pewnymi sprawami po prostu nie zaprzątano sobie głowy. Taka była kolej rzeczy, że niemal każda zostawała matką i – nie dorabiając do tego zbędnej filozofii – robiła swoje.

Dzisiaj matka ma do pokonania setki schodów, zakrętów, mielizn. Bezskutecznie szuka odpowiedzi, których – w świecie pełnym ekspertów! – nikt nie zna. A każdy się mądruje. Właśnie przez to mnożą się znaki zapytania na każdym z etapów:

1. Planowanie ciąży – dzisiaj nie można ot tak po prostu zajść sobie w ciążę. Najczęściej jest to wynik wielu zaplanowanych działań, a nie kwestia przypadku. Już sama logistyka wokół pytania: „Kiedy jest najlepszy czas?” przyprawia o zawrót głowy. Bo najpierw nauka, potem praca, potem wypadałoby jakoś się w tym życiu urządzić, mieć mieszkanie, oszczędności choć trochę. I jeszcze pół świata warto zwiedzić, wyszaleć się zawczasu, bo po narodzinach potomka – wiadomo, tylko kapcie i ciepła herbatka wieczorem. Jak już taka para podejmie świadomą decyzję, to najczęściej okazuje się, że jest trochę za późno, na karku trzydziecha, a zachodzenie w ciążę wcale nie jest fajne, spontaniczne i z miłości. Wszystko odbywa się pod okiem lekarzy obserwujących kobiecy cykl, wspomagających cały proces luteiną, duphastonem, z kalendarzem i zegarkiem w ręku. Razem z partnerem dbacie o dietę, pewne produkty odstawiacie całkowicie, rezygnujecie z używek, bo taki plemnik po piwie na pewno nie trafi tam, gdzie powinien. Przy śniadaniu łykacie kwas foliowy, a pozytywny wynik testu ciążowego rzadko jest przyjmowany z zaskoczeniem, częściej z ulgą. Udało się. Możemy przejść na następny level gry strategicznej zwanej macierzyństwem.

2. Ciąża – to nie magiczne dziewięć miesięcy zakończone radosną informacją: „Jest zdrowy chłopak/dziewczynka!”. Dzisiaj znasz wymiary swojego dziecka co do milimetra, kiedy jest jeszcze zygotą, wszak podglądasz je co kilka tygodni na ekranie usg. Słuchasz bicia serduszka, liczysz, czy na pewno ma po pięć palców przy każdej rączce i nóżce. Przynajmniej mój lekarz liczył. Strasznie mnie to stresowało! Nie tylko to. Co kilka miesięcy pobierano dziesięć probówek mojej krwi i w laboratorium wykrywano wszelkie nieścisłości. Każdorazowo drżącymi dłońmi otwierałam wyniki badań, niepewna, co tym razem zaszwankowało. Bo że zaszwankowało – wiedziałam na bank! Ciężko czegoś nie znaleźć, kiedy szuka się z lupą… A to żelazo, a to hormony tarczycy, wyniki cukru podwyższone… Jeden wielki strach, jak to wszystko wpłynie na dziecko. Dodatkowo serwuje się takiej ciężarnej badania prenatalne w gabinecie lekarskim przypominającym salę kinową. Leżałam na kozetce i trzęsłam się ze strachu, czekając na wyrok: „Zdrowy/chory”. Czasami zastanawiam się, jak błogosławiony byłby to stan, gdybym do samego końca nie znała takich pojęć jak: przezierność karkowa, nierówne komory mózgowe, wodogłowie, torbiel, porażenie mózgowe… Kiedyś martwiono się tylko o to, czy ciężarna na pewno je za dwóch…

3. Bycie matką – już nie wystarcza. Dzisiaj musisz być Kobietą Sukcesu, Seksi Mamą, Perfekcyjną Panią Domu i Ewą Chodakowską w jednym. Balansujesz na linie z dzieckiem w ramionach, próbując pogodzić wszystkie narzucone przez społeczeństwo życiowe role. W dodatku dawniej było całkiem naturalne, że po porodzie zjeżdżały się mamy/teściowe/siostry i pomagały. Kto by w pojedynkę dał radę z tymi tetrami, śpioszkami, wszystkimi zajęciami wokół noworodka? Dzisiaj da radę każda, w końcu ma pampersy, nowoczesną pralkę i wywalczoną równouprawnieniem pomoc partnera w domu. Babcie się wyzwoliły, są młode (choć paradoksalnie starsze niż poprzednie pokolenie babć!), mają swoje życie, nierzadko pracują jeszcze na etacie lub zwiedzają świat. Wnuki? Owszem, byle czyste, przewinięte, wyspane i w humorze, nie dłużej niż przez godzinę raz na jakiś czas.

4. Wychowanie – dawniej chodziło głównie o to, żeby niemowlę miało sucho i było nakarmione. Nie znano meandrów ludzkiej psychiki. Dziecko grzeczne było tym dobrze wychowanym. Dzisiaj w sumie nie wiadomo, jakie ma być. Uczysz samodzielnie zasypiać? Usłyszysz, że tresujesz. Dziecko zasypia na Twoich rękach? Uważaj na zarzuty dotyczące bezstresowego wychowania! Nosisz – rozpieszczasz, nie nosisz – nie okazujesz bliskości. Jeśli chcesz być dla swojego dziecka przede wszystkim rodzicem – źle, jeśli partnerem – jeszcze gorzej. Zostałam mamą w momencie ścierania się dwóch nurtów wychowawczych: tradycyjnego i zachwytu nad rodzicielstwem bliskości. Dwa obozy udowadniają swoje racje, przekrzykując się na argumenty. Kiedyś, gdy dziecko płakało, było to całkiem naturalnym zjawiskiem: „Wszystkie dzieci płaczą”/”Popłacze i mu przejdzie”/”W ten sposób wymusza” – słyszę z jednej strony. Natomiast z drugiej: „Dziecko nigdy nie płacze bez powodu”/”Musisz zrobić wszystko, żeby oszczędzić mu stresu!”/”Do czwartego roku życia dzieci nie potrafią wymuszać”. Nie wiem jak Wy, ale ja już dawno dostałam kociokwiku.

5. Rozwój dziecka – to dzisiaj bardziej powód do stresu niż radości z małych sukcesów naszego szkraba. Obserwujemy malucha z tabelą w ręce. Nie wystarczy już, że zna trzy słowa na krzyż jak dziecko sąsiadki w tym samym wieku. Że siedzi. Ale czy na pewno siedzi prawidłowo? Że chodzi. Ale czy nie stawia tych nóżek trochę za krzywo? Czy nie za późno? A może za wcześnie? Umawiać wizytę do neurologa? Nie lepiej od razu do rehabilitanta? W buty ortopedyczne zakuć, bo jakoś dziwnie od palców czasami staje… Wiecie co by na to powiedziały nasze mamy? „Przejdzie, jak tylko nabierze pewności”. My całe szczęście mamy większą świadomość! Jednak źle użyta jest gorsza od nieświadomości…

Ja wcale nie twierdzę, że kiedyś było lepiej. Na pewno spokojniej. Czasami właśnie tego spokoju mi brakuje. Mam wrażenie, że mojemu dziecku również…

DSC_0051

Dodaj komentarz

24 komentarzy do "Bycie matką to wyzwanie"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Aleksandra
Gość
Aleksandra
Macierzyństwo dzisiaj to wyzwanie, ale przede wszystkim projekt. Od niemowlęctwa ustawia się dzieci pod siebie i pod świat, zapisuje do żłobków i przedszkoli zaraz po urodzeniu a nawet jeszcze przed. I to nie pierwszych lepszych, ale takich z angielskim, baletem i basenem. Jak zabawka to tylko edukacyjna, kreatywna, interaktywna. Jak urodziny to koniecznie kinderparty, nawet jeśli dzieci się nie lubią, ale tak wypada, rodzice nielubianego dziecka są wysoko postawieni, trzeba się pokazać itp. Planowanie najlepszej wg rodzica ścieżki edukacyjnej, a co za tym idzie również i zawodowej. Nie piszę tego, bo naoglądałam się tv czy naczytałam pesymistycznej prasy. Nie, ja… Czytaj więcej »
anita
Gość

fajnie piszesz..ale dziś interesuje mnie skąd masz taką czadową kamizelkę i buty?

karjola
Gość
karjola

Pięknie powiedziane. Święta prawda..:)

Basia
Gość

Uwielbiam Ciebie i Twojego bloga! To niesamowite, jakbym czytała własne myśli! :)
Pozdrawiam,
B.

Kasia A
Gość
Kasia A
Wiecie co, ja jakiś czas temu machnęłam na to wszystko ręką, przestałam analizować każdy temat/problem, tylko staram się żeby to nasze wychowanie płynęło ‚swoim’ zyciem i bardziej wierzę swojej intuicji, niż czyjejś opinii. I bardziej też jestem bliższa wychowaniu takie jak było kiedyś niż temu ‚nowoczesnemu’. Nasze dziecię chodzi do przedszkola, ale nie ma żadnych dodatkowych zajęć (ani jednego!), pozwalam mu się troche ponudzić w domu, czasem łamię zasady. Nie czuję presji otoczenia (a bardziej może mam gdzieś czyjeś opinie;), bo już dość dobrze znam swoje dziecko i intuicyjnie czuję, w czym się lepiej odnajdzie. Oczywiście tez mi to lekko… Czytaj więcej »
Kasia A
Gość
Kasia A

Zgadzam się z Sąsiadką ! :) Im dziecko starsze, tym przestałam się po prostu dokształcać;) i czuję się z tym lepiej. to nie znaczy, że niczego się nie dowiaduje, tylko w ‚malych’ ilościach. inaczej można zwariować w natłoku informacji.

figa
Gość

Nie, no nie chcę być nudna, bo zawsze zachwycam się Twoim stylem… Dziewczyno! Jak Ty to robisz, tak wspaniale opisujesz uczucia, przelewasz na „papier” przemyślenia w tak doskonały sposób. Puentujesz w punkt. Z każdym przeczytanym akapitem, powtarzam bezgłośno – „no właśnie”. I z komentarzy tutaj wnioskuję, że nie tylko ja mam to odczucie.

Wiesz, mogłabym sobie drukować Twoje teksty i tworzyć z nich rozdziały, i czytać jak książkę…

PS. Kostek ze swoimi kasownikami wymiata. Mam córkę w podobnym wieku i z podobnym uzębieniem. :)

figa
Gość

I jeszcze jedno: masz piękny uśmiech :)

Faszyrka
Gość
Faszyrka

Prawda. A wiesz co mi przeszkadza? Nie wtrącanie się teściowej, a niech się wtrąca, bo może się czegoś dowiem, podzielę potem przez dwa albo sprawdzę w necie jej ciekawostki i może się na coś przydadzą. Mi brakuje opinii mojej mamy. Nie wiem czy przez ostrożność czy może nie pamięta, ale zazwyczaj, gdy proszę ją o opinię na temat związany z dzieckiem, to tak właśnie odpowiada: „nie pamiętam już” albo „kiedyś to było inaczej, teraz są inne standardy”. A to właśnie jej radom najbardziej ufam i jej rady uważam za najcenniejsze.

Tymomama
Gość
Tymomama
Dokładnie jest tak jak mówisz. Jestem na początku macierzyńskiej drogi, ale powoli wychodzę z pierwszych dołków, żeby nie powiedzieć, że była to depresja. Ale na początku nie miałam wsparcia. Nie mówię tu o pomocy męża, mamy czy teściowej, bo Ci w miarę możliwości pomagali i nadal to robią. Ale chodzi mi o wsparcie współtowarzyszek niedoli ;) Okazało się, że wszystkie matki wokół mnie doświadczały błogosławionego macierzyństwa i niczym supermanki radził sobie ze wszystkim i jeszcze miały czas na randki z mężem. To ze mną było coś nie tak, że nie potrafiłam zaopiekować się dzieckiem, posprzątać domu, ugotować obiadu i przywitać… Czytaj więcej »
Tymomama
Gość
Tymomama
Dokładnie jest tak jak mówisz. Jestem na początku macierzyńskiej drogi, ale powoli wychodzę z pierwszych dołków, żeby nie powiedzieć, że była to depresja. Ale na początku nie miałam wsparcia. Nie mówię tu o pomocy męża, mamy czy teściowej, bo Ci w miarę możliwości pomagali i nadal to robią. Ale chodzi mi o wsparcie współtowarzyszek niedoli ;) Okazało się, że wszystkie matki wokół mnie doświadczały błogosławionego macierzyństwa i niczym supermanki radził sobie ze wszystkim i jeszcze miały czas na randki z mężem. To ze mną było coś nie tak, że nie potrafiłam zaopiekować się dzieckiem, posprzątać domu, ugotować obiadu i przywitać… Czytaj więcej »
Edyta
Gość

Świetny tekst, myślę, że każda z nas czuje tę presję. Niestety z wiekiem dziecka jest tylko gorzej :(

Kasia
Gość

Mama jeszcze nie jestem, ale juz planuje. Troche pozno, ale tak wyszlo. Mialam duzo czasu, zeby sie nasluchac historii rodem z horroru i przeroznych porad. Jeszcze nie jestem w ciazy, a juz jestem przestraszona.
Poza tym dochodzi inny aspekt – czy jeszcze moge, czy juz nie za pozno, a jak cos pojdzie nie tak, a jak bede chciala drugie, to kiedy i czy wtedy jeszcze bede mogla.
Chociaz w Irlandii dziecko po trzydziestce to zadna nowosc. I nikt sie nie spina i nie stresuje.

Jak ona to robi
Gość

Właśnie tego spokoju naszym mamom zazdroszczę. Pod względem pielęgnacyjnym na pewno było gorzej. Ale kiedyś ludzie żyli inaczej. Dzieci wychodziły same na podwórko. Beztrosko się bawiąc. Nikt nie wisiał nad dzieckiem, mówiąc „zostaw” „nie wolno”. No i pęd życia był inny.
Teraz mamy za dużo bodźców, za dużo chcemy.

KRZYSIEK Z MISJĄ
Gość
KRZYSIEK Z MISJĄ

?Dzisiaj da radę każda, w końcu ma pampersy, nowoczesną pralkę
i wywalczoną równouprawnieniem pomoc partnera w domu.? ? Ja w
opiekę nad Maluchem angażuję się na sto procent. Przewijam, kąpię, usypiam,
bawię, staram się poświęcić każdą chwilę, jaką mam. Dla mnie to przyjemność,
ale masz rację, bycie rodzicem to ogromne wyzwanie, zwłaszcza jak się jest
ojcem. Jeśli będziesz mieć czas i chęci, zapraszam do zobaczenia, jak wygląda
to u mnie w domu http://www.simed.pl/blog/czesc-milo-cie-poznac/ :) Pozdrawiam, Krzysiek.